W krzyżowym ogniu studenckich pytań

Z przyjemnością przyjęłam zaproszenie do udziału w dyskusji “Sukces w branży fashion”. Zorganizował je Samorząd Studentów Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego. Przyznaję, że od początku ujęła mnie bardzo profesjonalnie prowadzona komunikacja w tej sprawie. Nie ukrywam, że – będąc osobą zajmującą się komunikacją zawodowo – zwracam uwagę na takie rzeczy. Czułam, że będzie to dobrze zorganizowane spotkanie. Pozytywnie zaskoczyły mnie mądre pytania przygotowane przez studentów przed spotkaniem. Wiedziałam, że to nie będzie jedno ze spotkań z cyklu “Spotkajmy się i pogadajmy”, ale konkretna tematyczna dyskusja. Nie pomyliłam się.

Kiedy ja studiowałam, takich spotkań nie było wcale. Pamiętam, z jakim wysiłkiem wiązało się zdobycie sensownych praktyk studenckich. Pamiętam, że spędziłam sporo czasu w jednej z berlińskich bibliotek, kserując materiały do pracy magisterskiej z literatury amerykańskiej, bo moja rodzima uczelnia ich nie miała. Cieszę się, że czasy się zmieniły i że mogę – mam nadzieję – choć trochę pomóc dzisiejszym studentom, dzieląc się z nimi swoim doświadczeniem i spostrzeżeniami. Dla mnie to wielka przyjemność i wyróżnienie.

Z Zuzą Wachowiak, Dorotą Wróblewską i organizatorami spotkania na UW.

Oprócz mnie zaproszono też Dorotę Wróblewską – najbardziej chyba kojarzoną z organizowanym od wielu lat warszawskim świętem mody Warsaw Fashion Street, także blogerkę i producentkę eventów modowych i telewizyjnych oraz Zuzę Wachowiak – połowę kreatywnego duetu sióstr-projektantek i współzałożycielkę modowej marki bizuu. Dzięki temu, że każda z nas reprezentowała inną specjalizację, w dyskusji pojawiły się różne punkty patrzenia na modę. Choć zgadzałyśmy się w większości przypadków, w kilku zdarzyło nam się nie zgodzić. Mam nadzieję, że uczestnicy spotkania docenili fakt, iż zajmujemy się różnymi aspektami mody i w związku z tym mamy różne doświadczenia.

Plakat zapowiadający spotkanie.

Studenci pytali o bardzo konkretne rzeczy. W przypadku bizuu – jakie były początki marki, jak dotrzeć do odbiorców, jak poradzić sobie z brakiem funduszy na początku drogi. Dorotę pytano o to, co dzieje się na backstage’u produkcyjnym, na jakie stanowiska jest zapotrzebowanie w branży modowej, czy w tym zawodzie miewa się momenty zawahania. Ja miałam okazję opowiedzieć o swoich międzynarodowych doświadczeniach, o tym, jak trafiłam do PRu, a potem do mody oraz o tym, na czym polega moja praca. Rozmawialiśmy też o sposobach na stres, rozumieniu kreatywności i krokach, jakie warto podjąć, by rozpocząć karierę w branży fashion.

Spotkanie przyciągnęło sporo gości. Niektórzy specjalnie na nie przyjechali z innych miast.

Po spotkaniu podeszło do mnie kilka osób, które chciały dowiedzieć się, jak dostać się do wymarzonej firmy, jak zainteresować sobą pracodawcę, jak aplikować na upatrzone stanowisko. Oto moja odpowiedź na pytanie “Co zrobić, by dostać pracę marzeń?”:
1. Mieć autentyczne zainteresowania. Nie da się oszukać pasji. Warto iść za głosem serca, a nie na modny kierunek. Studia to tylko początek zawodowej ścieżki. Kiedy aplikowałam na anglistykę nie miałam pojęcia, co chcę robić w życiu. Ale pasjonowałam się językiem angielskim. Tak jest do dziś.
2. Poszukiwać. Czytać, chodzić na wystawy, prelekcje, dyskusje panelowe, pokazy filmów. Śledzić wszystko, co dzieje się w danej branży. A dzisiaj dzieje się dużo w każdej. W tym roku kupiłam sobie bilet roczny do Muzeum Narodowego w Warszawie. Obejrzałam już dwie wystawy, dwie mam w planach, jutro wybieram się na wykład Moda XVIII wieku na obrazach ze zbiorów MN.
3. Mieć plan. Wiedzieć, czego się chce. Przez pierwsze kilka lat po studiach można próbować dotknąć kilku dziedzin. Potem warto się określić. Zaczęłam pracę na ostatnim roku studiów i w ciągu pierwszych trzech lat zmieniłam ją pięć razy, ale potem postanowiłam, że chcę zająć się PR-em. Nie żałuję.
4. Nawiązywać kontakty i pielęgnować je. Najcenniejszym skarbem każdego eksperta jest baza kontaktów. Buduje się ją latami, jest niezastąpiona, nie można jej wycenić ani sprzedać. Wczoraj przekazano mi pozdrowienia od pewniej osoby, która pamięta mnie sprzed 15 lat. Miło mi, że wspomina mnie mile.
5. Próbować, próbować i jeszcze raz próbować. Pukać do wszystkich drzwi, korzystać ze wszystkich dostępnych sposobów. Nie zniechęcać się. Zaczynać od nowa. Aż do skutku. Kiedy rozważałam zmianę pracy, zbudowałam własną bazę kilkudziesięciu kontaktów w Polsce i za granicą. Ze wszystkimi osobami skontaktowałam się mailowo, z wieloma rozmawiałam telefonicznie, z niektórymi się spotkałam. To było bezcenne doświadczenie.

Uważam, że nie ma rzeczy niemożliwych. Kto narzeka, że mu się nie udaje, na pewno mu się nie uda. Podstawą sukcesu w każdej branży jest pozytywne nastawienie:)

Monika Siennicka, organizatorka spotkania

Dziękuję Monice Siennickiej z Samorządu Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego za miły kontakt, konkretne informacje i dobrą organizację spotkania.

Photo credits: Kuczkowsky®

FacebookTwitterPinteresttumblr

Tyle naraz świata / So much world all at once

Tyle naraz świata ze wszystkich stron świata:
moreny, mureny i morza, i zorze,
i ogień, i ogon, i orzeł, i orzech –
jak ja to ustawię, gdzie ja to położę?
Te chaszcze i paszcze, i leszcze, i deszcze,
bodziszki, modliszki – gdzie ja to pomieszczę?
Motyle, goryle, beryle i trele –
dziękuję, to chyba o wiele za wiele,
Do dzbanka jakiego tam łopian i łopot,
i łubin, i popłoch, i przepych, i kłopot?
Gdzie zabrać kolibra, gdzie ukryć to srebro,
co zrobić na serio z tym żubrem i zebrą?
Już taki dwutlenek rzecz ważna i droga,
a tu ośmiornica i jeszcze stonoga!
Domyślam się ceny, choć cena z gwiazd zdarta –
dziekuję, doprawdy nie czuję się warta.
Nie szkoda to dla mnie zachodu i słońca?
Jak ma się w to bawić osoba żyjąca?
Na chwilę tu jestem i tylko na chwilę:
co dalsze, przeoczę, a resztę pomylę.
Nie zdążę wszystkiego odróżnić od próżni.
Pogubię te bratki w pośpiechu podróżnym.
Jużc hoćby najmniejszy – szalony wydatek:
fatyga łodygi i listek, i płatek
raz jeden w przestrzeni, od nigdy, na oślep,
wzgardliwie dokładny i kruchy wyniośle.
Urodziny, Wisława Szymborska

Photo courtesy of Michał Rusinek.
Translation from Polish by Stanislaw Baranczak and Clare Cavanagh.
Turning 40 is very special, in so many ways… I’ve been celebrating for 2 months now and enjoying every minute of it!

My first birthday cake – made by my mother-in-law in London, shared with my nephew Jayden 
(the tiny tiny wonderful creature in the background)

Breakfast on the day of my birthday – shared with my husband on the terrace of the Wild Ivory Eco Lodge in Welgevonden Game Reserve, Limpopo province, South Africa

Waterkloof Circle of Life (how apt!) – a beautiful wine shared with friends on the evening of my birthday at George’s on 4th restaurant in Parkhurst disctrict of Johannesburg, South Africa

Celebrating with my girlfriends at cafe pozytywka in Warsaw, Poland

And it’s only just begun. Thank you all for making this year so special to me. You know who you are:)

FacebookTwitterPinteresttumblr

Świąteczne Wearso

Na myśl o świątecznych zakupach kręci Wam się w głowie? Mi też. Dlatego szerokim łukiem omijam centra handlowe. Szukam miejsc przytulnych, z wyjątkową ofertą, miłą obsługą i przyjemną muzyką… Niewiele jest takich miejsc w Warszawie i dlatego cenię je sobie podwójnie. Zawsze chętnie wpadam do Red Onion przy Szpitalnej – kupiłam tutaj w tym roku kilka kartek świątecznych i śmieszną kaczkę z rogami (dla pewnej “bardzo grzecznej” przyjaciółki). Od niedawna odwiedzam Mysia 3 – przypomina mi londyński department store Liberty (na mniejszą skalę oczywiście). Tutaj mieści się mój ukochany COS (sukienki szyte po prostu na mnie!), kuszący domowymi gadżetami sklep Nap, genialne stoisko Bookoff z kulinarnymi książkami w oryginale (polecam – super ceny!), MUJI pop-up store i kilka innych ciekawych butików. Z tęsknoty za Londynem zaglądam też do Marks & Spencer przy Marszałkowskiej. Tutaj buszuję głównie w delikatesach, ale polecam też M&S jako źródło ciekawych świątecznych gadżetów. I wreszcie – Mokotowska. A tutaj – już na samym początku – czeka Wearso.

 Brunetki, blondynki – Wearso ubiera wszystkie dziewczynki:)

W butiku Wearso spokojnie – gra muzyka, palą się świece, pachną świąteczne pierniczki…  Klientki częstowane są kieliszkiem czerwonego wina – czerwone, bo takie lubi Ola, właścicielka Wearso (blondynka na zdjęciu). Nie mam akurat ochoty na wino, dostaję więc szklankę soku porzeczkowego. W sumie wygląda jak wino, więc czuję się świątecznie:) Wśród świeczek piętrzą się gruszki – korci mnie, żeby zjeść jedną z nich, ale już pochłonęłam kilka pierniczków i uznaję, że smak piernika może zanadto pokłócić się ze smakiem gruszki;) By utwierdzić się w słusznym wyborze, zjadam … jeszcze jeden pierniczek. A co tam! W końcu są Święta!

Pisałam już nie raz, że z Wearso trudno wyjść bez czegoś nowego. Przejrzałam wieszak i stwierdziłam, że już wszystko mam, a to, czego nie mam, jest po prostu nie dla mnie. Dokładnie w tym momencie usłyszałam głos Oli – A tę sukienkę przymierzałaś? Tej jeszcze nie przymierzałam. Wydawało mi się, że to nie mój styl – krótszy tył, dłuższy przód, hmmm – jak to będzie wyglądać? Wygląda dobrze. Czuję się świetnie. Sukienka dołączyła do mojej kolekcji. Taki prezent sprawi radość mamie, siostrze, córce lub przyjaciółce. Merry Wearso!

Zdjęcie zrobione telefonem w lustrze to mój sprawdzony sposób na testowanie nowości
FacebookTwitterPinteresttumblr

Warszawska Nolita

Jeśli mieszkacie w Warszawie, wybierzcie się do Nolity – pierwszej autorskiej restauracji Jacka Grochowiny. Twórca, właściciel i szef kuchni zdobywał doświadczenie w londyńskim hotelu Ritz oraz wyróżnionych gwiazdkami Michelin restauracjach Le Gavroche i Tom Aikens. Nolita to miejsce, gdzie warto przygotować podniebienie na najwyższych lotów doznania kulinarne.

Wejście do restauracji NOLITA, ul. Wilcza 46

Miałam okazję spróbować domowego makaronu linguine z ośmiornicą oraz rzadko spotykanego w menu polskich restauracji fish cake, czyli ‘ciastka rybnego’. Oba dania były wyśmienite. Poprzedził je krem z białych warzyw, podany jako amuse-bouche w miniaturowej szklance oraz wypiekane na miejscu pieczywo, podane z masłem na różowej tafli soli. Tym, którzy chcą przetestować Nolitę, polecam skorzystanie z menu lunchowego – 2 dania w cenie 69 zł lub 3 w cenie 79 zł to propozycja warta grzechu.

Sala restauracyjna (fot. Nolita)

Nazwa restauracji nawiązuje do manhattańskiej dzielnicy Nolita (North of Little Italy), tętniącej życiem restauracyjnym. Warszawskie zagłębie restauracyjne powstaje w okolicach ulic Poznańskiej i Wilczej i tam właśnie otworzyła się Nolita. Nazwa i wystrój wnętrza (elegancko, ale swobodnie) to nie jedyne międzynarodowe akcenty tego miejsca. Na otwarciu restauracji grał amerykański muzyk jazzowy Nathan Williams, o którym pisałam na blogu w kontekście fortepianu Whaletone, zaś logo zaprojektował mieszkający w Warszawie Londyńczyk Trent Payne, który na swoim koncie ma kreacje dla takich marek, jak Laurent Perrier, Glenfiddich, czy BBC.

Logo by Trent Payne @ 77 Creative

Nad całością doznań pod marką Nolita czuwa polski szef Jacek Grochowina, który w warszawskiej restauracji o nowojorsko brzmiącej nazwie proponuje kulinarny spektakl na prawdziwie światowym poziomie. Polecam!

FacebookTwitterPinteresttumblr

Skinny yet beautiful: The Keret House

I came across Keret House via a link posted by a friend on facebook (thank you, Ela). An article in The New York Times reported on possibly the thinnest house in the world, only a stone’s throw from my office. I couldn’t wait to get down there to have a look and take some pictures.

Today was a very cold day in Warsaw. Yet, despite the cold, it was sunny, which meant crispy air and perfect light for taking pictures. My fingers were freezing, my eyes welled up with tears from the cold, but I didn’t care, being totally caught in the moment.

It is indeed a slice of a house (says The New York Times), measuring just 92 centimeters in its narrowest point. Standing in front of the entrance door, I tried to stretch my arms, to see if I could spread them like wings. I hope no one was watching, as I only did some kind of an awkward half-stretch.

Keret House provides a bridge between the past and the present

Keret House as seen from Żelazna Street

Even though it is ‘inserted’ in between two buildings, 
there is still a teeny tiny space left on both sides

The roof of Keret House, view from the entrance

Jakub Szczęsny, the architect of the house, fell in love in the space between two buildings from two different periods – a pre-war residential building and an 11-story post-war apartment block. Being a representative of a collective dedicated to experimental architecture, he decided to fill the gap. Not only did he fill the gap by squeezing in an impossibly narrow house, he also built a bridge between the past and the present. Israeli writer Etgar Keret was chosen by the architect to be the project’s ambassador and honorary resident, due to his Jewish heritage, Polish roots and his reputation for short stories.

Keret House is located in the area of the former Jewish ghetto

I have a fear of enclosed spaces, so this is probably not a place for me. Though the house is in fact too small to be classified as residential by Polish law, it has been registered as an art installation, allowing artists from all over the world to visit for short stays. The international residency project is scheduled to run for four years, until 2016.

While taking pictures, I couldn’t help but notice there was light in the house. Maybe Etgar Keret was inside? After all, it’s his house. I was tempted to press the buzzer… Instead, I walked away, contemplating the incredible energy of this city, constantly changing and redefining itself. I love being part of it…

There was light in the Keret House…

FacebookTwitterPinteresttumblr

Nabo – miejsce dla przyjaciół

Sprawdza się stare powiedzenie – tak blisko, a tak daleko… Nabo działa już od blisko trzech miesięcy, a jakoś nie mogliśmy tam dotrzeć. Mimo, iż mieszkamy tak blisko. Ale… co się odwlecze, to nie uciecze. Dzisiaj wreszcie odwiedziliśmy Nabo. Od progu wpadliśmy w ramiona Uli, która wyściskała nas za wszystkie czasy! To Ula, wraz ze swoim duńskim mężem Steffenem, a raczej Steffen, wraz ze swoją polską żoną Ulą, stworzyli na warszawskiej Sadybie ten skandynawski przyczółek. Przejąwszy sklepik spożywczy (podobno dość szpetnej urody), wykreowali przytulną restaurację inspirowaną Danią. Jest przestronnie, jasno (duuuże okna – lubię to!), trochę industrialnie (ale nie za bardzo), skromnie, ładnie, miło.

Menu w Nabo jest proste, podobnie jak wystrój tego miejsca. Karta jest krótka i królują w niej ryby (coś dla mnie!). Chyba jako jedyne miejsce w stolicy Nabo serwuje popularne w Danii kanapeczki smørrebrød, czyli „chleb posmarowany masłem” z dodatkami – aktualnie do wyboru pasztet, pasta z makreli, czy rostbef z domowej roboty podawany z chutney’em według przepisu rodziny Eriksen. Kanapeczki są znakomite, zupa rybna smaczna, a białe wino bardzo przyjemne (dowiaduję się, że od Marka Kondrata). W karcie jest już zimowa herbata – z imbirem i cytrusami – idealna na leniwe niedzielne popołudnia…

Ula opowiada mi, jak powstawało Nabo. Z jej opowieści bije pasja i ogromna radość, że się udało. A także nadzieja, że skandynawski przyczółek na trwale zagości na warszawskiej mapie kulinarnej. Dzisiejsza frekwencja (wszystkie stoliki zajęte) to zdecydowanie dobra wróżba. Na szczęście nie jest to miejsce hipsterskie (tych już zdecydowanie w stolicy za dużo). Nie ma tu lansu, nikt nikogo nie taksuje wzrokiem. Obsługa jest miła, a goście zdecydowanie z tych, co lubią się zasiedzieć, a nie wpaść po ogień. To miejsce dla sąsiadów, rodzin, przyjaciół. Ma szansę stać się lokalnym Central Perk z serialu Friends. Polecam zdecydowanie i obiecuję, że będę wpadać częściej:)

Współwłaścicielka Nabo Ula
(przepraszam za niewyraźne zdjęcie, ale jest dość ruchliwą osobą:)
FacebookTwitterPinteresttumblr

Warsaw Gallery Weekend

Informacja o Warsaw Gallery Weekend wpadła mi w oko jakiś czas przed tym wydarzeniem. Ale musiała wypaść uchem, bo zupełnie o nim zapomniałam. Na szczęście, w ramach akcji “Jest sobota, co dzisiaj robimy?” nastąpiła pełna mobilizacja i z pomocą dobrego przyjaciela Google’a ponownie wróciłam na trop weekendu ze sztuką.

W akcji wzięło udział 17 galerii. Odwiedziliśmy 4. Padło na te najbardziej centralnie położone. Przedarłszy się (dosłownie!) przez manifestujący tłum płynący Nowym Światem (w obronie pewnej telewizji, której nazwa na tym blogu zagościć nie może ze względów ideologicznych), skręciliśmy w Foksal. Pod kryptonimem Lokal_30, w maleńkim mieszkanku, wyświetlane są filmy kolektywu Baumgart, Janin, Constantinescu. Przyznaję, że video nie jest moim ulubionym gatunkiem artystycznym, niemniej jednak cudownie było zajrzeć do kamienicy pod numerem 17, gdzie na kolejne piętra prowadzą kręte metalowe schody z drewnianą poręczą, oplatające zabytkową ażurową windę, która – niczym ogromna metalowa klatka – sama zdaje się być częścią artystycznej instalacji.  Lokal_30 prezentuje wystawę Komfortkampf do 9 listopada. Polecam ją szczegolnie miłośnikom prac video oraz starych kamienic.

Kilka bram dalej, pod numerem 11, mieści się Propaganda. Już sama nazwa brzmi dumnie. Dumnie prezentuje się też przestrzeń, w której aktualnie wystawiono prace polskiego malarza Jakuba Ciężkiego. Jego prace lekie nie są – uderzają dość realistyczną, mocną geometryczną kreską. Jest w nich coś intrygującego. Intrygująca jest również przestrzeń, w której je wystawiono. Natychmiast skojarzyła mi się ze wszystkimi scenami z udziałem artystów-łobuzów, tworzących w monumentalnych loftach, najczęściej londyńskich lub nowojorskich (pamiętacie pracownię Viggo Mortensena w filmie Morderstwo doskonałe?). A tymczasem mamy – nieco mniejsze, ale nadal piękne loftowskie przestrzenie w Warszawie. Do Propagandy wrowadzić mogłabym się natychmiast! (Proszę o kontakt, gdyby miała być wynajęta). A tymczasem polecam Haven’t We Met Before – wystawa trwa do 3 listopada.

Na podwórku Foksal 11

Stąd już rzut beretem do Fundacji Galerii Foksal, która bynajmniej nie mieści się na ulicy Foksal. Zajmuje skromny budyneczek przy Górskiego 1A. Budyneczek skromny, a widok z niego – nieziemski! Takiego widoku na Pałac Kultury tylko pozazdrościć. Rozmarzyłam się nad wizją posiadania mieszkania z takim widokiem… No cóż, na razie muszę się zadowolić widokiem na podwórko Wytwórni Filmów Dokumentalnych przy Chełmskiej. Nie narzekam. Zmieniające się często rekwizyty filmowe dostarczają mi wielu przemyśleń na tematy filmowe i nie tylko. A tymczasem Fundacja Galerii Foksal wystawia (do 1 listopada) prace berlińskiej artystki Kitty Kraus. Wśród nich instalacja ze “śmigła”, wirującego na tle Pałacu Kultury, w kwadratowej aureoli sufitowej jarzeniówki… O zmierzchu wygląda to dość surrealistycznie, co próbowałam uchwycić na zdjęciu.

Surrealistyczny widok z Fundacji Galerii Foksal

Nasz spacer po galeriach kończymy w Galerii Czarna przy Sienkiewicza 4. A tutaj kolejna niespodzianka. Zabawny drewniany projektor, w którym wyświetlany jest czarno-biały obraz, przypomina mi rodzinne seanse krótkometrażowych filmów, kręconych przez mojego Ojca metalową rosyjską kamerą na korbkę. Uświadamiam sobie, po raz kolejny, jak wiele się zmieniło w ciągu mojego życia – od dzieciństwa rejestrowanego na celluidowej taśmie, po wszystko, co przeżywamy, utrwalane komórką… Jeden krok i jestem gdzie indziej Sławomira Rumiaka można oglądać do 24 listopada. A oglądanie połączyć z przekąszaniem, bo galeria sąsiaduje z barem, który przechodzi płynnie w strefę lounge na piętrze. Znajdujące się tam meble – zapewne z Koła, bądź innych targów staroci – tworzą niepowtarzalny klimat. Trochę restauracji, trochę czytelni. Ale myszką nie trąci. Mi się podoba bardzo. W menu między innymi home-made hamburgery i tagliatele z cukinii z krewetkami. Do tego kieliszek wina w bardzo przyjemnej, mało warszawskiej cenie: 8 zł. Ostatni przystanek na trasie Warsaw Gallery Weekend był pyszny – dobre było i jedzenie, i obsługa, i klimat tego miejsca. Wrócimy na pewno.

Mieszkam w Warszawie siódmy rok (7 to podobno rok przełomowy…) i nieustannie zachwycam się tym miastem. Mam nadzieję, że w ten weekend nie odkryłam wszystkich jego tajemnic i jeszcze nie raz mnie zaskoczy. Pozytywnie.

FacebookTwitterPinteresttumblr