Zapachami wiosna się zaczyna, czyli premiera Le Petit Marseillais

Nareszcie mogę się z Wami podzielić projektem, nad którym pracuję już od kilku miesięcy. To wiosenna premiera Le Petit Marseillais. Filozofia tej marki od razu mi się spodobała, kryją się pod nią bowiem kosmetyki oparte na składnikach pochodzenia naturalnego, pozyskiwanych w Prowansji. Prowansja chyba wszystkim kojarzy się dobrze. Kiedy zamknę oczy, od razu wyobrażam sobie sięgające po horyzont pola lawendy, dojrzewające w słońcu oliwki i sady kwitnących wiśni… I to niesamowite światło, zwłaszcza po południu… Lawenda, oliwki i kwiaty wiśni to tylko niektóre ze składników, jakie wykorzystano przy produkcji Le Petit Marseillais. Mleczka do ciała, żele pod prysznic i płyny do kąpieli zawierają też takie skladniki jak biała brzoskwinia, nektarynka, morela, orzech laskowy, masło shea, aloes, mandarynka, limonka, czy kwiat pomarańczy. A jak pachną!

IMG_0770Na pierwszym planie żel pod prysznic Miód lawendowy – pachnie po prostu pysznie!

Ostrzegam – urzekające zapachy tych kosmetyków uzależniają! Powąchacie raz i przepadniecie:) Przekonały się o tym blogerki, które zaprosiliśmy na warsztaty w Warsztacie Woni – wyjątkowej kwiaciarni, gdzie na rośliny i kwiaty patrzy się inaczej. Tutaj właśnie, pod czujnym, ale też bardzo motywującym okiem Marty Gessler, odkryłyśmy w sobie niezwykły talent, komponując osłonkę dla kwitnącej lawendy, którą specjalnie dla nas Marta sprowadziła z Neapolu. Towarzyszyła temu pewna zabawna historia o niejakim Emanuelu. Dla dobra Emanuela pozostawię ją w gronie osób, które ją słyszały…

IMG_0473Marta Gessler podgląda pracę Weroniki, czyli Raspberry and Red

Cudownie było obserwować, jak kilkanaście osób w skupieniu pracuje przy swoim małym lawendowym warsztacie. Choć miałyśmy do dyspozycji te same doniczki z lawendą, liście, gałęzie oraz różne ‘głupotki’ (to określenie Marty – pożyczam!), czyli wstążki, rafię, kamyki, druciki etc. – powstało kilkanaście różnych kompozycji. Efekty naszych prac możecie zobaczyć na zdjęciach.

IMG_0639Lawendowy konkurs piękności, czyli pokaż mi swoją lawendę, a powiem ci, kim jesteś…

Cieszę się, że nasi goście spędzili z nami miło czas. Tak, jak różne były lawendowe kompozycje, tak różnorodne są relacje z tego spotkania. Bo przecież każda z blogerek patrzyła na nie swoim okiem – i obiektywem – przez pryzmat swojego bloga. One litte smile dzieli się wrażeniami ze swojego pierwszego pobytu w Warszawie i przełamuje lody towarzyskie. Agata ma nosa zdradza marzenie o kwiaciarni i ma nosa do kosmetyków Le Petit Marseillais. Design your life zabiera nas w podróż z Katowic do Warszawy i z powrotem (koniecznie zajrzyjcie na blog, choćby po to, by zobaczyć zdjęcie zachodzącego słońca zrobione z pociągu). Piękność dnia zamieszcza obszerny opis kosmetyków, a Smieti raczy nas pięknym fotoreportażem ze spotkania. Aha, jest jeszcze wisienka (a w zasadzie malinka) na torcie – video z 24-godzinnego wyjazdu do Warszawy autorstwa Raspberry and Red. Bardzo serdecznie polecam Wam te wpisy, a tymczasem oddalam się w kierunku łazienki – mam pilną potrzebę powąchania żółtego mleczka nawilżającego Le Petit Marseillais – to mój absolutny faworyt!

IMG_0723Uczestniczki warsztatów w komplecie

IMG_0768Karolina aka Charlize Mystery odkrywa tajemnice zapachów Le Petit Marseillais

LPM_packshot_foto_PL_02Moje nowe uzależnienie – mleczko nawilżające do suchej skory z masłem shea, słodkim migdałem i olejkiem arganowym

Wszystkie zdjęcia z warsztatów – Rafał Maciąga.

FacebookTwitterPinteresttumblr

Jak przestałam być biedronką

Od 9 lat właścicielka kilku warszawskich restauracji, Verena Jarczyńska organizuje i funduje Noworoczny Obiad z Gwiazdami dla dzieci z domów dziecka z całej Polski. Wspiera ją w tym pięknym przedsięwzięciu cudowna Bogna Sworowska i to właśnie ona zaprosiła mnie ponownie do grona wolontariuszy pomagających podczas tego wydarzenia.

Muszę powiedzieć szczerze, że te spotkania to niesamowite przeżycie. W jednym miejscu pojawia się nagle około trzysta dzieci, podekscytowanych spotkaniem z gwiazdami, które znają najczęściej ze szklanego ekranu – aktorami (Bożena Dykiel, Edyta Olszówka, Maria Gładkowska, Małgosia Socha), sportowcami (Mariusz Czerkawski), muzykami (Natalia Kukulska, Mandaryna, Marcin Wyrostek, Iza Kopeć), artystami (Joanna Sarapata, Rafał Olbiński), projektantami mody (Agnieszka Maciejak). W momencie, kiedy do restauracji zaczynają schodzić się znane osoby, zaczyna się prawdziwe szaleństwo! Dzieciaki biegają po całej sali, zagadują gwiazdy, zbierają autografy, robią zdjęcia, krążą między popcornem a watą cukrową, a w międzyczasie starają się skupić uwagę na występach artystycznych. A skupić uwagę trzystu rozbieganych, roześmianych, rozgadanych, rozkojarzonych ilością wrażeń dzieci nie jest łatwo…

MagdaBuleraPayne_MalgosiaSochaZ Małgosią Sochą, która również przyjęła zaproszenie na noworoczny obiad z dziećmi – fot. Dariusz Kowalewski

W tym czasie my, wolontariusze, wspieramy organizatorów spotkania, by wszystko przebiegło sprawnie i bez zakłóceń – roznosimy napoje, ubieramy gwiazdy w fartuszki, rozdajemy prezenty, a nawet pomagamy dzieciom znaleźć watę cukrową:) Proszę pani, proszę pani, proszę mnie zaprowadzić do waty cukrowej – powiedziała mała dziewczynka, łapiąc mnie kurczowo za rękę. I dodała usprawiedliwiająco – Bo ja jestem taka mała… Rozczulona jej bezpośredniością zaczęłam się przebijać w kierunku stanowiska produkcji różowej waty cukrowej, w połowie drogi przekazując małą wędrowniczkę w ręce Mariusza Czerkawskiego, który obiecał mi zaprowadzić ją “do waty”. Wróciłam na moje stanowisko pracy, gdzie żegnałam naszych gości, wręczając im upominki od partnerów spotkania. To były zaledwie pamiątkowe drobiazgi, bo właściwe prezenty otrzymały dzieci – ogromne noworoczne paczki ufundowane przez wiele osób prywatnych i firm – darczyńców tego spotkania. Myślę, że dzieci nigdy w życiu nie widziały tylko wspaniałych prezentów. Widok ich uradowanych twarzy dodawał nam skrzydeł.

Proszę pani, czy da mi pani te czułki? – powiedziała dziewczynka w czerwonym sweterku, spoglądając z tęsknotą na moje biedronkowe antenki – znak rozpoznawczy wolontariuszek. Ale na zawsze…? – dodała z nadzieją w głosie. Hmm, jak się ładnie uśmiechniesz… – zaczęłam się z nią przekomarzać. Miałam wrażęnie, że błyskawiczny uśmiech, który pojawił się na jej łobuzerskiej twarzy był większy od niej samej:) Oczywiście – powiedziałam, oddając bez żalu atrybut biedronki. Biedronki są przecież małe, a poza tym, czułki idealnie pasowały do jej czerwonego sweterka…

Takie spotkania uczą mnie pokory i uświadamiają mi, na nowo, że nie wszystkie dzieci są uśmiechnięte. Niektóre z nich tylko na chwilę się uśmiechają. I o ten dziecięcy uśmiech trzeba się czasami postarać. Cieszę się, że mogłam pomóc Verenie i Bognie, i – razem z innymi wolontariuszami i gwiazdami tego spotkania – wywołać kilka dziecięcych uśmiechów. Zabieram je w sercu na kolejne miesiące i już czekam na następne noworoczne spotkanie z dziećmi.

FacebookTwitterPinteresttumblr

Tribute to moda polska

Warszawa ma dobrą rękę do Warsaw Gallery Weekend – po raz kolejny można było cieszyć się złotą polską jesienią i, mrużąc oczy od jesiennego słońca, suchą nogą przejść szlakiem galerii i fundacji sztuki współczesnej. W ubiegłym roku odwiedziliśmy spontanicznie kilka galerii (relacja tutaj), w tym – zupełnie świadomie – wybraliśmy się tylko do jednej, Lookout Gallery na Mokotowie. Trochę ze względu na bliską lokalizację, ale przede wszystkim z uwagi na tematykę wystawy – Tribute to moda polska.

Wystawa prezentuje spojrzenie na modę 11 artystów reprezentujących różne pokolenia. Promuje ją praca 19-letniego Karola Komorowskiego, który debiutował indywidualną wystawą raptem w ubiegłym roku, w Lookout Gallery zresztą. Street View to pierwsza eksponowana praca artysty, w której używa techniki CGI (Computer Generated Imagery). Dzięki niej powstają wirtualne, trójwymiarowe modele scen, które są następnie przekształcane w dwuwymiarowe obrazy, przypominające fotografie.

Street View to “fotografia” kufra podróżnego Louis Vuitton, który w tym roku pojawił się w Warszawie w związku z premierą marki w Polsce i zawładnął na kilka tygodni umysłami Warszawiaków, wywołując dość burzliwą dyskusję w prasie i mediach społecznościowych. Ciekawy jest opis tej komputerowo wygenerowanej fotografii, przygotowany przez Weronikę Lewandowską: Kontrowersyjna instalacja reklamowa marki Louis Vuitton, która “wypełzła” gwałtownie z ekskluzywnego vitkAca w przestrzeń Warszawy, stanowi przedmiot rozważań nad relacją między ulicą i światem mody. (…) Mimo pozornej bliskości, od wielkiego kufra separują widza biało-czerwone pseudo-patriotyczne barierki, ukazując mu, że rzecz znajdująca się pozornie w jego zasięgu, jest od niego daleko i nie może sobie pozwolić na bezpośredni kontakt.

Karol Komorowski Street View, 2013
 Komentarz Weroniki Lewandowskiej do pracy Karola Komorowskiego

Innego aspektu mody dotyka praca Grzegorza Wełnickiego Jabłko C Jabłko V.  Wełnicki sfotografował kserokopiarkę na tle surowej ściany. Na pierwszy rzut oka, ten obrazek niewiele wspólnego ma z modą. Chyba, że ktoś chciałby skopiować stronę z … francuskiego Vogue’a. Aaa … i o to właśnie chodzi w tym zdjęciu. Wełnicki komentuje nim dość często spotykane zjawisko w polskich magazynach, gdzie przyjętą praktyką jest kartkowanie zagranicznych gazet, by znaleźć inspiracje do sesji, a często wręcz powtórzyć ujęcie, stylizację, pomysł. W efekcie takiego podejścia, zamiast świeżych, kreatywnych rozwiązań, powstają kopie cudzych pomysłów

Grzegorz Wełnicki Jabłko C Jabłko V, 2013
 Jabłko C Jabłko V w interpretacji autora pracy, Grzegorza Wełnickiego

Z okazji wystawy Tribute to moda polska przygotowano pięknie wydaną teczkę kolekcjonerską w limitowanej liczbie 30 egzemplarzy, z pracami wszystkich artystów biorących udział w wystawie. Pracę Karola Komorowskiego, w dużym formacie, można też obejrzeć w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, w ramach wystawy Showroom, towarzyszącej Warsaw Gallery Weekend. Każda z 21 galerii biorących udział w projekcie wytypowała jedną pracę artysty przez nią reprezentowanego. Wystawa Showroom potrwa do 27 października.

W rozmowie o sztuce i nie tylko – z kurartorką wystawy Tribute to moda polska Agatą Ubysz
i Kasią Borucką reprezentującą Lookout Gallery

Wystawę Tribute to moda polska można oglądać do 19 października w warszawskiej Lookout Gallery (ul. Puławska 41/22), wstęp wolny. Polecam!

FacebookTwitterPinteresttumblr

Ostatnia szansa na spotkanie z Modrzejewską…

Jeszcze tylko do 6 października można obejrzeć w Warszawie repliki kostiumów teatralnych i osobistych kreacji jednej z najbardziej znanych aktorek XIX wieku. Wystawa “Helena Modrzejewska – ikona stylu. Od dystansu do pokusy” w Pałacu w Wilanowie została przedłużona o kilka tygodni – pierwotnie zaplanowano ją do końca sierpnia. Po Warszawie pojedzie do Krakowa, a następnie do słonecznej Kalifornii, gdzie artystka spędziła ostatnie 30 lat życia. Co ciekawe, choć oficjalnie zakończyła karierę aktorską na kilka lat przed śmiercią, do końca życia występowała w przedstawieniach charytatywnych. Ale nie o tym mowa (choć to ważne i bliskie memu sercu).

Repliki sukien Heleny Modrzejewskiej.
Na pierwszym planie replika kostiumu do roli tytułowej w Dalili Octave’a Feuilleta.
III nagroda w konkursie – Marek Ziętek lat 17.

Wyzwania odtworzenia nierzadko spektakularnych kostiumów, które nosiła Ms Modjeska (pod takim nazwiskiem występowała w USA) podjęli się młodzi (często nastoletni) adepci sztuki krawieckiej i projektowania ubioru. Uczestnicy projektu “Wilanów dla młodych talentów” mieli za zadanie odtworzyć jeden spośród wskazanych przez organizatorów ubiorów aktorki. Zadanie nie było łatwe, gdyż stroje te znane są jedynie z czarno-białych fotografii. Oczywiście, dało to uczestnikom konkursu swobodę w doborze tkanin i kolorystyki stroju, jednak niewątpliwie podniosło poprzeczkę w kwestii realizacji zgodnej z realiami epoki. Ci, którzy podjęli rękawicę, decydowali się nie tylko na odtworzenie sukni, ale także adekwatnej do jej fasonu bielizny, która decydowała przecież o sposobie noszenia stroju i nadawała mu pożądany “look”.  Stąd sukniom eksponowanym w Wilanowie towarzyszą halki, koszulki, pantalony, gorsety i tiurniury.

III nagrodę w konkursie dostał 17-letni Marek Ziętek. Moim zdaniem to wyjątkowa kreacja, tym bardziej, że stworzona przez tak młodą osobę. Trudno mi sobie wyobrazić, że mogłabym uszyć coś równie szykownego.
Sukni towarzyszy zestaw bielizny – koszulka, pantalony, gorset, półkrynolina na taśmach oraz tiurniura. Doczepiana z tyłu sylwetki specjalna pasmanteryjna konstrukcja, rozpięta na fiszbinach lub na sztywnym podkładzie z włosia (franc. tournure) miała za zadanie nadać tyłowi spódnicy kopulasty (często karykaturalny) kształt i podkreślić wąską kobiecą kibić. Ten kanon kobiecej sylwetki królował od końca lat 60. do późnych lat 80. XIX wieku.
Helena Modrzejewska była żywym żurnalem mody.  Ponoć do teatru chodzono podziwiać nie tylko jej grę aktorską, ale również po to, aby zobaczyć jej nowe kreacje. Sama aktorka doskonale o tym wiedziała i dlatego przywiązywała niezwykłą wagę do swoich strojów teatralnych. Zresztą, wiele z nich sama zaprojektowała. Bianka Kurylczyk, teatrolog i członek jury konkursu, pisze w publikacji towarzyszącej wystawie, iż Modrzejewska rysowała projekty, a szwaczki upinały tkaninę na manekinie o jej wymiarach. Następnie fotografowała aparatem marki Kodak niegotową jeszcze kreację. Dzięki temu dokładnie wiedziała, jak będzie wyglądać na scenie. Nie mogła jednak wiedzieć, że 100 lat później aktorki, styliści i projektanci będą robić dokładnie to samo, tyle że telefonem komórkowym i dzielić się zdjęciami z innymi na Instagramie…
Modrzejewska korzystała też z usług najmodniejszych w jej czasach krawców. Zamawiała stroje w Paryżu, Londynie, Berlinie oraz za oceanem. Jej stroje projektował między innymi słynny angielski krawiec prowadzący dom mody w Paryżu – Charles Worth. Był prekursorem haute couture i krawcem samej cesarzowej Eugienii, żony Napoleona II. 
Modrzejewska niewątpliwie wyznaczała trendy w modzie. Jak podaje Kurylczyk, od pierwszych występów aktorki w Ameryce sensację budziły nawet jej nakrycia głowy. W latach 80. XIX wieku modele słomkowych kapeluszy ‘Modjeska’ i ‘Adrienne’ można było kupić niemal w każdym miejscu na świecie za pośrednictwem domu wysyłkowego Bloomingdale’s. Trudno o lepszy sukces marketingowy.

I miejsce w konkursie przyznano Annie Franczyk (26 lat) za replikę kostiumu do roli Kamili w Damie kameliowej Aleksandra Dumas. 
To rzeczywiście subtelna, zachwycająca kreacja. Jurorzy zwracają uwagę na szczególną dbałość o niuanse dobranych tkanin, odpowiadających specyfice czasów współczesnych Modrzejewskiej.

Wystawę “Helena Modrzejewska – ikona stylu. Od dystansu do pokusy” można oglądać do 6 października 2013.
Miejsce: Pałac w Wilanowie – Galeria Portretu XIX w.
W niedzielę wstęp wolny;  trzeba wcześniej pobrać bezpłatny bilet na wybraną godzinę w kasie muzeum.

Wystawie towarzyszy pięknie wydany album pod tym samym tytułem, zawierający zdjęcia prac konkursowych, jak również wiele zdjęć samej Modrzejewskiej. I wystawę i album gorąco polecam wszystkim, którzy interesują się modą.

By zapoznać się szczegółowo z rekonstrukcjami nagrodzonymi w konkursie, przejdź tutaj.

FacebookTwitterPinteresttumblr

Magda na tropie EMU

Prezentacja nowej kolekcji EMU Australia miała miejce w restauracji Oliva, z którą mam przyjemność współpracować. W sumie przyszłam, by zobaczyć, jak przebiegnie spotkanie, a kolekcję obejrzeć jakby przy okazji. Nie spodziewałam się, że moja wizyta zakończy się totalnym zauroczeniem Emu. Dotychczas kojarzyłam tę markę z ciepłych futrzanych butów, które moje przyjaciółki noszą już od kilku sezonów, a do których ja podchodziłam dotychczas jak do … jeża. Skoro jednak już przyszłam, postanowiłam przyjrzeć się Emu z bliska.

Zaskoczył mnie – pozytywnie – wybór fasonów i kolorów, nie tylko butów, ale także swetrów, kurtek i akcesoriów. Odkryłam też – choć może nie jest to najbardziej seksowny design pod słońcem i mój mąż zapewne będzie miał swoje zdanie na ten temat – że buty Emu są całkiem gustowne. Też się wahałam na początku, nie byłam pewna, czy będę chodzić w tych ‘futrzakach‘ – powiedziała Alicja, przysłuchując się moim rozważaniom. Ale są tak ciepłe i tak wygodne, że zimą nie zamieniłabym ich na nic innego. Mam już trzy pary! – dodała. I postawiła kropkę nad “i” mówiąc:  Zwłaszcza w naszych warunkach, w Emu przeżyjesz każdą zimę! Hm, pomyślałam, wizualizując siebie na przystanku tramwajowym, przytupującą z zimna. Niezbyt optymistyczna perspektywa…

Chyba przytulę Emu w tę zimę. Zwłaszcza, że w wśród jesiennych nowości odkryłam botki w super fajnym kolorze – w kolekcji EMU nazywa się mushroom i będzie idealny na jesienno-zimowe dni. Do kompletu zamierzam jeszcze sprawić sobie skórzane rękawiczki, które przymierzałam podczas prezentacji. Były tak miłe i tak ciepłe, że od razu wpisałam je na listę zimowych zakupów. Otulona w Emu od stóp po koniuszki palców zamierzam z fasonem odpierać ataki tegorocznej zimy!

Z Alicją Werniewicz z magazynu In Style i stylistką gwiazd 
(między innymi Agnieszki Cegielskiej)

 Gdybym była trochę młodsza, sprawiłabym sobie buty-biedronki z kolekcji Little Creatures dla dziewczynek

EMU STINGER w kolorze mushroom i wersji mini (do kostki)
Kliknij tutaj, by przejść do strony Pomada Fashion Office, gdzie znajduje się więcej zdjęć z prezentacji nowej kolekcji EMU Australia.

FacebookTwitterPinteresttumblr

bizuu – romantyczne i rozważne

Pokazy mody zaczynają się z dużym opóźnieniem. Dzieje się tak z różnych powodów. Wszyscy się do tego przyzwyczaili i w związku z tym się spóźniają, wiedząc, że i tak nie zacznie się o czasie. Nie jestem zwolenniczką takiego obrotu spraw, bo nigdy nie wiadomo, o której godzinie naprawdę zacznie się pokaz, a co za tym idzie, kiedy się skończy. W zasadzie więc trzeba na taką okazję zarezerwować cały wieczór. Jestem jednak osobą z natury punktualną, zwłaszcza, kiedy mnie o to ktoś prosi. bizuu poprosiło o punktualne przybycie ze względu na transmisję pokazu na żywo. Pojawiłam się więc kilka minut przed ósmą, by odkryć, że organizatorzy jeszcze nie wpuszczają, a przed wejściem zebrała się już spora grupa gości. Przynajmniej nie będziesz czekała w kolejce – napisałam do Alicji w krainie popkultury, która chwilę wcześniej wysłała mi smsa, że wychodzi z domu. No bo kto przychodzi przed czasem! – odpisała Alicja. Grażyna Wolszczak, Cezary Harasimowicz i ja – odpisałam, zgodnie z prawdą, bo para stała dokładnie obok mnie. A poza tym, nie byliśmy przed czasem, tylko na czas. Zgodnie z zaproszeniem. Mój zawodowy nerw PR-owca zaczął pulsować – zaczęłam się niepokoić, że goście stoją pod drzwiami… Na szczęście ktoś z organizatorów zorientował się, że trzeba wkroczyć do akcji i wpuścił kilka osób za barierkę. Niewiele myśląc wślizgnęłam się za nimi. Jest kilka rzeczy, których nie lubię robić. Jedną z nich jest czekanie…

Po drugiej stronie lustra było już bardzo miło – kelnerzy roznosili szampan i truskawki, obsługa odprowadzała gości do wyznaczonych miejsc, gwiazdy udzielały wywiadów do prasy. Umilając sobie czas mniej lub bardziej zawodowymi ploteczkami, czekaliśmy na pokaz. Kiedy wreszcie znajomy głos Kasi Sokołowskiej (“specjalistki od pokazywania mody”, jak określił ją niedawno Jerzy Iwaszkiewicz w jednym ze swoich salonowych felietonów) oznajmił, iż pokaz zacznie się za pięć minut, towarzystwo pokornie udało się na wskazane wcześniej miejsca. Z przyjemnością odkryłam, że również miałam wyznaczone miejsce. Zresztą, z zawodową satysfakcją odnotowałam także, że – w odróżnieniu od większości pokazów, gdzie gości jest więcej niż miejsc (a nawet miejsca) – organizatorzy pokazu zadbali o to, by wszyscy mogli oglądać pokaz na siedząco. A więc można. Tylko trzeba się postarać. To kosztuje trochę czasu i pieniędzy (trzeba zapłacić za wynajęcie krzeseł), ale nie jest to niemożliwe.

Na wybiegu królowały charakterystyczne dla bizuu spódnice z koła, baskinki i falbanki. Były spódnice z tiulu dla prawdziwych księżniczek oraz długie aksamitne suknie dla angielskich pensjonarek. Zauważyłam też dzianinowe bryczesy, aksamitne marynarki i wiązane pod szyją na fantazyjną kokardę białe koszule. Poczułam w tej kolekcji powiew angielskiego romantyzmu. Zresztą sceneria pokazu była bardzo adekwatna – równo przystrzyżony trawnik wokół restauracji Belvedere w Łazienkach Królewskich z powodzeniem mógłby udawać trawnik przed jednym z angielskich zamków. Oprócz romantycznych, na wybiegu pojawiły się też “rozważne”, prostsze formy – skromniejsze w kroju sukienki, kobiece płaszczyki, peleryna, a nawet damski garnitur. Zaintrygowały mnie skórzane ramoneski ze spiczastymi ramionami. Spodobała mi się czarna marynarka z bufkowymi rękawami. Kolorystyka kolekcji – zgaszone zielenie, szarości, brązy, czerń i bordo – odbiegała od pastelowych, “grzecznych” kolorów, do jakich przyzwyczaiło nas bizuu.

Za szybko idą, nie można się nacieszyć! – wyrwało się komuś w rzędzie za mną. Rzeczywiście modelki szły szybko i szybko znikały za zakrętem – wybieg był poprowadzony wokół belvederskiego namiotu i zakręcał kilkakrotnie, co sprawiało, że bliższe przyjrzenie się sylwetkom nie było łatwe. Wśród gości było sporo klientek bizuu i to pewnie jednej z nich wyrwał się ten okrzyk. bizuu, choć istnieje od niedawna, już ma wierne grono sympatyków. Całkiem spora grupa przyjechała na pokaz z Poznania, skąd pochodzą projektantki. Czy to nie miłe, że dzisiaj, kiedy coraz mniej jest osób, którym się chce, są takie, które przyjeżdżają na jeden wieczór z innego miasta? Myślę, że stałe klientki bizuu znajdą w tej kolekcji coś dla siebie. Po odjęciu pokazowej stylizacji (która jednak trochę przygniotła swoim przepychem), powinny odsłonić się dziewczęce i romantyczne fasony, a te zawsze cieszą się powodzeniem.

Szczęśliwe siostry bizuu w finale pokazu
(przepraszam za zamazane zdjęcie zrobione komórką, mea culpa)

Obserwuję bizuu od początku i od początku lubię tę markę. Trzymam kciuki za to, by jej się wiodło coraz lepiej. bizuu startowało niewiele ponad dwa lata temu z maleńkim butikiem w Starym Browarze (zagospodarowało fragment korytarza), a dzisiaj ma 3 butiki w Polsce, w tym jeden przy modnej warszawskiej ulicy Koszykowej. I właśnie miało pokaz w Łazienkach Królewskich. Niezły debiut na warszawskiej mapie mody.

Życzę siostrom bizuu, by pozostały romantyczne, ale i rozważne, bo wkroczywszy na arenę warszawskich pokazów mody (oraz pole rażenia warszawskich komentatorów) trzeba się uzbroić w spokój i z rozwagą pochodzić do dalszych działań. Myślę, że pomysł zrobienia pokazu w Łazienkach był bardzo odważny i za wybór miejsca należą się Zuzie i Blance brawa! Żałuję, że stylizacja nieco zagłuszyła same projekty. Następnym razem warto pokazać więcej bizuu w bizuu. A kolekcję z przyjemnością obejrzę na spokojnie w butiku. Może nawet przymierzę pewną marynarkę, którą mam na myśli…?

FacebookTwitterPinteresttumblr

Dwie artystki, jedna kolekcja … Vocalise by W.Kruk

Czekałam na premierę tej kolekcji. Zastanawiałam się, co wyniknie ze zderzenia światów dwóch artystek, z których każda ma na imię Anna. Przypadek? Podobno nic nie dzieje się bez przyczyny. W tym przypadku okazało się, że to był raczej dobry zbieg okoliczności. Anna Maria Jopek odkryła w sobie talent do projektowania biżuterii. Nie mogło być inaczej, skoro jej dziadek był jubilerem we Lwowie. Anna Orska dzieli się z nami swoim talentem do zaklinania biżuterii już od wielu lat. Okazuje się, że ma też talent do wspierania pomysłów innych artystów. Obie Anny zasiadły do stołu, pochyliły się nad rysunkami, porozmawiały, wypiły zapewnie niejedną kawę i …. tak narodziła się kolekcja Vocalise.

Kolekcja Vocalise zaprojektowana przez Annę Marię Jopek we współpracy z Anną Orską

Podczas wieczoru promującego kolekcję zapytałam Anię Orską, czy praca z Anną Marią była trudna. Dowiedziałam się, że doskonale się rozumiały. Cieszę się, bo z tego zrozumienia powstała piękna biżuteria. Przewija się w niej subtelny motyw art deco, w bardzo nowoczesnym wydaniu. Choć sama muza kolekcji mówi w wywiadzie do Gali (nr 18/2013) – Moje rysunki to świadomy, tęskny ukłon w stronę przeszłości. Narysowałam formy, których się nie da odnaleźć dziś w salonach jubilerskich.

W kolekcji znajdziemy w kolczyki, bransoletki, naszyjniki i pierścionki. Miłośniczki prostych form zachwycą się delikatnymi srebrnymi elementami (mi od razu wpadły w oko kolczyki – na zdjęciu poniżej). Wielbicielki mocniejszych ozdób zapewne sięgną po te z kamieniami – do wyboru mają zielony agat lub czarny onyks.  
Kolczyki w stylu art deco, mój faworyt w kolekcji

Premiera kolekcji odbyła się w piękny letni wieczór, w warszawskim Pałacyku Sobańskich i zapewne będzie cytowana jako otwarcie sezonu towarzyskiego w stolicy. Goście przybyli tłumnie, skuszeni nie tylko możliwością obejrzenia kolekcji, ale także zapowiedzią recitalu Anny Marii Jopek oraz, bez wątpienia, złaknieni po lecie salonowych ploteczek. Wokalizy Anny Marii wprowadziły wszystkich w muzyczny nastrój, a DJ Trent zadbał o to, by nastrój ten szybko się nie skończył. Nic dziwnego, że rozmowy w kuluarach toczyły się do późnej nocy…

Anna Orska i DJ Trent

Kolekcja Vocalise jest już dostępna w salonach W. Kruk. Ceny już od 99 zł. Polecam!

FacebookTwitterPinteresttumblr

It’s OK to get papped

No, really. This might be your only chance to get papped and not end up in society pages. You can experience what it means to have 64 bulbs go off in your face with practically no consequence.  All right, you’ll be slightly blinded (but only for a few seconds*). And then your sight will get back to normal. Promise. I’ve been through this a few times already.

I’m loving the Paparazzi installation by Wojciech Puś! It was commissioned by Louis Vuitton to celebrate the opening its first store in Poland. Set in the inner window of the Warsaw store, the installation is activated by each passerby, who triggers off the projectors and cameras. Clients entering a Louis Vuitton store are like stars, they enter a magical and exclusive place, so I wanted them to have that feeling even before entering the store – says the artist.


The artist passing by in front of his work
photo by Krzysztof Bieliński

Glamorous and frightening at the same time, Paparazzi surprises and scares. It gives you a little insight into the lives of real celebrities. It plays with your feelings. It makes you ask questions. It is a piece of art you can’t pass by without noticing it.

You can see Paparazzi at the Louis Vuitton store in Warsaw until the end of the summer. But if you don’t make it to see the installation at the store, don’t worry. You’ll still be able to get papped at the Museum of Modern Art in Warsaw, where the work will be donated, courtesy of Louis Vuitton.

 

FacebookTwitterPinteresttumblr

Mowa much, gadające pufy i inne tajemnice XVIII wieku

Osiemnastowieczne europejskie damy były bardzo kreatywne. Maleńkie muchy, wykonane z tafty, służyły im nie tylko do maskowania mankamentów urody, ale także miały za zadanie – poprzez kontrast z jasną karnacją – podkreślać modną w owym czasie śnieżnobiałą cerę. Jednak przyklejane najczęściej w okolicy oka muszki były też tajnymi agentkami – wędrując po twarzy osiemnastowiecznej damy wysyłały bowiem sygnały do płci przeciwnej. Uważni adoratorzy podążali szlakiem muchy, odczytując komunikaty nadawane przez jej nosicielkę. Muszę przyznać, że to dość sprytna metoda na jawną, choć ukrytą komunikację.

Być może muszki-agentki były też dodatkową ozdobą na głowach pań noszących modne w pierwszej połowie XVIII wieku małe fryzurki, układane do dość okazałych robe à la française – sukni w stylu francuskim? Splendoru rozpiętym na wiklinowym stelażu zamaszystym spódnicom dodawały jeszcze bogato dekorowane staniki i krótsze, “pagodowe” rękawki zdobione koronkami. Lata 70-te XVIII wieku, wraz z nastaniem panowania Marii Antoniny, przyniosły najbardziej szalone lata w modzie francuskiej, a wraz z nimi piętrowe koafiury. Podstawą francuskiej fryzury typu “puf” był worek wypchany sianem lub pierzem – dopiero na nim garnirowano włosy, które usztywniano pomadą. Dekoracje wpinane we włosy francuskiej damy informowały o tym, co działo się w jej życiu i oddawały aktualny nastrój madame. Były więc kolejnym sposobem na komunikację z otoczeniem, bez konieczności używania słów. Sama Maria Antonina zamieniła wymyślne fryzury na bonnet (czepiec) dopiero po urodzeniu dziecka, rezygnując z modnego wizerunku na rzecz bardziej statecznego, przystającego panującej królowej i matce.

Dama w błękitnej polonezce z czerwoną parasolką – ze zbiorów Muzeum Narodowego w Warszawie.
Suknia spacerowa, jej upięcie z tyłu symbolizowało I rozbiór Polski.


Osiemnastowieczna moda męska też nie była pozbawiona ciekawostek. Do wierzchniego okrycia, rodzaju długiej marynarki do kolan, zwanej szustokorem (fr. justaucorps), panowie nosili spodnie do kolan, tzw. kuloty oraz jedwabne pończochy. Pod nimi zaś często – sztuczne łydki! Służyły one do korygowania męskich łydek, które – jak wiemy – często nie grzeszą idealnym kształtem. Aby więc nadać im pożądaną linię, pod pończochy zakładano wkładki wypełnione puchem łabędzim. By z kolei sprostać ideałowi małej stopy, panującemu w modzie XVIII-wiecznej, do butów noszono wielkie kokardy lub sprzączki, optycznie zmniejszające męską stopę. Dopiero po rewolucji francuskiej strój męski stał się skromniejszy i zaczął oscylować w kierunku bardziej stonowanej mody angielskiej. Kiedy brytyjski premier William Pitt wprowadził podatek na puder, panowie zrezygnowali też z pudrowanych fryzur. Myślę, że to akurat wyszło im na dobre, zaznaczając wyraźniej różnice między płcią brzydką a nadobną.

Płeć nadobna przywdziała w tym okresie bardziej swobodną robe à l’anglaise – suknię angielską, szytą najczęściej z drukowanej bawełny lub muślinu, rzadziej z jedwabiu i atłasu. Na salonach pojawiły się skromniejsze suknie i luźne fryzury wiązane wstążkami. Popularne były także robe chemise – zwiewne suknie “koszulki”, którym początek miały dać francuskie arystokratki cierpiące na upały we francuskich koloniach. Proste suknie o kształcie tuby, przepasane wstążką, szybko przyjęły się też na polskich dworach, ze względu na wygodę, a także (wreszcie!) możliwość prania. Pod koniec wieku na salony wkroczyła suknia empirowa z podniesioną talią, kończąc ewolucję osiemnastowiecznego stroju kobiecego.

W Polsce XVIII-wiecznej mieszały się wpływy mody francuskiej, angielskiej i rodzimej – polskiej. Tej wierna była przede wszystkim szlachta. To szlachta właśnie domagała się, by ostatni król Polski Stanisław August Poniatowski był koronowany w tradycyjnym stroju szlacheckim. Król jednak bliższy był modzie zachodnioeuropejskiej i jego strój koronacyjny był demonstracją jego poglądów. Dodatkowo, by uniknąć zgolenia głowy w myśl tradycji szlacheckiej, zdobył zaświadczenia od siedmiu (!) lekarzy – potwierdzające, iż zgolenie głowy w jego przypadku zakończy się chorobą. Nie wiedziałam, że mieliśmy takiego zmyślnego króla.

Moje notatki z wykładu, zilustrowane rysunkiem robe à la française


Ten wpis powstał na podstawie informacji, które zanotowałam podczas wykładu Magdaleny Bialic “Moda XVIII wieku na obrazach ze zbiorów Muzeum Narodowego”, wygłoszonego w Muzeum Narodowym 20 kwietnia. Dawno nie byłam na tak ciekawym wykładzie. Żałuję, że muzeum nie rozesłało informacji o tym wydarzeniu do modowych gazet i portali. Jestem przekonana, że na sali znalazłoby się wówczas więcej młodych osób zainteresowanych modą. Wprawdzie widok osób znacznie starszych ode mnie natchnął mnie optymizmem, jednak obecność zaledwie kilku młodych twarzy dość zaniepokoiła. Rozmawiałam o tym między innymi z Agnieszką Ścibior, redaktor naczelną Viva Moda. Gdyby tylko wiedziała o wykładzie, zapowiedziałaby go choćby na redakcyjnym facebooku, który zrzesza ponad 30 tysięcy fanów. Jestem pewna, że część z nich znalazłaby czas w sobotnie popołudnie, by posłuchać o modzie utrwalonej na muzealnych obrazach. Rozszyfrowaliby wówczas siedzącego na nosie Agnieszki pasikonika, zdobiącego wstępniak do letniego wydania magazynu…

FacebookTwitterPinteresttumblr

Oliva – podróż oliwnym szlakiem

Od kilku dni delektuję się cudownym smakiem oliwy z Krety, którą można kupić w nowej warszawskiej restauracji Oliva. Kromka świeżego chleba umaczana w oliwie o aromacie świeżej trawy i gorzko-słodkim smaku to prawdziwa uczta… Do tego kieliszek dobrego białego wina – i mamy la dolce vita! Polecam odwiedzić Olivę i wypróbować proponowane przez właścicieli oliwy, sprowadzone z południa Europy – z miejsc, które sami odwiedzili. A jeśli, tak jak ja, rozsmakujecie się w jednej z nich, kupcie butelkę na wynos, by oddać się oliwnym uniesieniom w domowym zaciszu.

Oliva to nowe miejsce na kulinarnej mapie Warszawy. Działa dopiero od dwóch tygodni. Motywem przewodnim menu, skomponowanego przez szefa kuchni Łukasza Żuchowskiego, jest właśnie oliwa. Nie pojawia się w każdej potrawie, ale jest miłym akcentem w restauracyjnej karcie. Warto odkryć to miejsce podczas majowych spacerów Nowym Światem – wystarczy skręcić w Ordynacką, by trafić na oliwny szlak.

Tym, którzy nie spędzają majówki na południu Europy, polecam ucztę w śródziemnomorskim stylu w samym sercu Warszawy. Na przystawkę proponuję esencjonalną zupę z pieczonych pomidorów z kroplą zielonego pesto, na danie główne pyszne domowe ravioli z grzybami w maśle ze świeżą szałwią, a na deser – rozpływający się w ustach czekoladowy fondant… Jeśli odwiedzicie Olivę, podzielcie się koniecznie wrażeniami. Czekam!

Olivę odwiedziła już Restaurantica – polecam ciekawą recenzję na blogu.

FacebookTwitterPinteresttumblr