Mowa much, gadające pufy i inne tajemnice XVIII wieku

Osiemnastowieczne europejskie damy były bardzo kreatywne. Maleńkie muchy, wykonane z tafty, służyły im nie tylko do maskowania mankamentów urody, ale także miały za zadanie – poprzez kontrast z jasną karnacją – podkreślać modną w owym czasie śnieżnobiałą cerę. Jednak przyklejane najczęściej w okolicy oka muszki były też tajnymi agentkami – wędrując po twarzy osiemnastowiecznej damy wysyłały bowiem sygnały do płci przeciwnej. Uważni adoratorzy podążali szlakiem muchy, odczytując komunikaty nadawane przez jej nosicielkę. Muszę przyznać, że to dość sprytna metoda na jawną, choć ukrytą komunikację.

Być może muszki-agentki były też dodatkową ozdobą na głowach pań noszących modne w pierwszej połowie XVIII wieku małe fryzurki, układane do dość okazałych robe à la française – sukni w stylu francuskim? Splendoru rozpiętym na wiklinowym stelażu zamaszystym spódnicom dodawały jeszcze bogato dekorowane staniki i krótsze, “pagodowe” rękawki zdobione koronkami. Lata 70-te XVIII wieku, wraz z nastaniem panowania Marii Antoniny, przyniosły najbardziej szalone lata w modzie francuskiej, a wraz z nimi piętrowe koafiury. Podstawą francuskiej fryzury typu “puf” był worek wypchany sianem lub pierzem – dopiero na nim garnirowano włosy, które usztywniano pomadą. Dekoracje wpinane we włosy francuskiej damy informowały o tym, co działo się w jej życiu i oddawały aktualny nastrój madame. Były więc kolejnym sposobem na komunikację z otoczeniem, bez konieczności używania słów. Sama Maria Antonina zamieniła wymyślne fryzury na bonnet (czepiec) dopiero po urodzeniu dziecka, rezygnując z modnego wizerunku na rzecz bardziej statecznego, przystającego panującej królowej i matce.

Dama w błękitnej polonezce z czerwoną parasolką – ze zbiorów Muzeum Narodowego w Warszawie.
Suknia spacerowa, jej upięcie z tyłu symbolizowało I rozbiór Polski.


Osiemnastowieczna moda męska też nie była pozbawiona ciekawostek. Do wierzchniego okrycia, rodzaju długiej marynarki do kolan, zwanej szustokorem (fr. justaucorps), panowie nosili spodnie do kolan, tzw. kuloty oraz jedwabne pończochy. Pod nimi zaś często – sztuczne łydki! Służyły one do korygowania męskich łydek, które – jak wiemy – często nie grzeszą idealnym kształtem. Aby więc nadać im pożądaną linię, pod pończochy zakładano wkładki wypełnione puchem łabędzim. By z kolei sprostać ideałowi małej stopy, panującemu w modzie XVIII-wiecznej, do butów noszono wielkie kokardy lub sprzączki, optycznie zmniejszające męską stopę. Dopiero po rewolucji francuskiej strój męski stał się skromniejszy i zaczął oscylować w kierunku bardziej stonowanej mody angielskiej. Kiedy brytyjski premier William Pitt wprowadził podatek na puder, panowie zrezygnowali też z pudrowanych fryzur. Myślę, że to akurat wyszło im na dobre, zaznaczając wyraźniej różnice między płcią brzydką a nadobną.

Płeć nadobna przywdziała w tym okresie bardziej swobodną robe à l’anglaise – suknię angielską, szytą najczęściej z drukowanej bawełny lub muślinu, rzadziej z jedwabiu i atłasu. Na salonach pojawiły się skromniejsze suknie i luźne fryzury wiązane wstążkami. Popularne były także robe chemise – zwiewne suknie “koszulki”, którym początek miały dać francuskie arystokratki cierpiące na upały we francuskich koloniach. Proste suknie o kształcie tuby, przepasane wstążką, szybko przyjęły się też na polskich dworach, ze względu na wygodę, a także (wreszcie!) możliwość prania. Pod koniec wieku na salony wkroczyła suknia empirowa z podniesioną talią, kończąc ewolucję osiemnastowiecznego stroju kobiecego.

W Polsce XVIII-wiecznej mieszały się wpływy mody francuskiej, angielskiej i rodzimej – polskiej. Tej wierna była przede wszystkim szlachta. To szlachta właśnie domagała się, by ostatni król Polski Stanisław August Poniatowski był koronowany w tradycyjnym stroju szlacheckim. Król jednak bliższy był modzie zachodnioeuropejskiej i jego strój koronacyjny był demonstracją jego poglądów. Dodatkowo, by uniknąć zgolenia głowy w myśl tradycji szlacheckiej, zdobył zaświadczenia od siedmiu (!) lekarzy – potwierdzające, iż zgolenie głowy w jego przypadku zakończy się chorobą. Nie wiedziałam, że mieliśmy takiego zmyślnego króla.

Moje notatki z wykładu, zilustrowane rysunkiem robe à la française


Ten wpis powstał na podstawie informacji, które zanotowałam podczas wykładu Magdaleny Bialic “Moda XVIII wieku na obrazach ze zbiorów Muzeum Narodowego”, wygłoszonego w Muzeum Narodowym 20 kwietnia. Dawno nie byłam na tak ciekawym wykładzie. Żałuję, że muzeum nie rozesłało informacji o tym wydarzeniu do modowych gazet i portali. Jestem przekonana, że na sali znalazłoby się wówczas więcej młodych osób zainteresowanych modą. Wprawdzie widok osób znacznie starszych ode mnie natchnął mnie optymizmem, jednak obecność zaledwie kilku młodych twarzy dość zaniepokoiła. Rozmawiałam o tym między innymi z Agnieszką Ścibior, redaktor naczelną Viva Moda. Gdyby tylko wiedziała o wykładzie, zapowiedziałaby go choćby na redakcyjnym facebooku, który zrzesza ponad 30 tysięcy fanów. Jestem pewna, że część z nich znalazłaby czas w sobotnie popołudnie, by posłuchać o modzie utrwalonej na muzealnych obrazach. Rozszyfrowaliby wówczas siedzącego na nosie Agnieszki pasikonika, zdobiącego wstępniak do letniego wydania magazynu…

FacebookTwitterPinteresttumblr

Do nothing in Warsaw but do come to Wearso!

To już ostatni odcinek opowieści streszczonej w artykule Mapa modnych miejsc, opublikowanym na łamach Viva! Moda nr 2/2012.  O Wearso pisałam już wcześniej, teraz dorzucam więc garść informacji, głównie w związku z nową kolekcją.

Odkryłam tę markę szukając w internecie informacji na temat ekologicznej mody. Wybrałam się do butiku, by skonfrontować wirtualną rzeczywistość z tzw. realem. Było warto – kupiłam biały super wygodny t-shirt. Kolejna wizyta w sklepie? Dwie sukienki z bambusa. Już wiedziałam, że się uzależniłam.

Pracownia Wearso, choć adres ma na modnej Mokotowskiej, mieści się poniżej poziomu ulicy. Miejsce dla wtajemniczonych? Niewątpliwie, choć tych jest coraz więcej, bo podobno już w kwietniu były zapisy na rzeczy z nowej kolekcji, która ujrzała światło dzienne w połowie czerwca. 

Yes, you will come back for another bag, I promise!

W Wearso króluje spokój. To niewątpliwie zasługa Oli Waś, która stworzyła to miejsce. Jestem przeszczęśliwa, bo wreszcie mamy 100%-owe organiczne metki! – wita mnie w drzwiach. Walczyła o ten sklepik wiele miesięcy, jak i o tkaniny, z których szyje swoje projekty – organiczną bawełnę i bambus. W nowej kolekcji zadebiutowała organiczna flanela. Są też nowe kolory, a wśród nich antracyt, gruszkowy sorbet i gołębi błękit, który Ola nazwała kolorem letniej nawałnicy:) Projektantka Wearso tworzy w duchu slow fashion, toteż nowa kolekcja jest ewolucją, nie rewolucją. Obok takich bestsellerów jak sukienka Boof Baf, pojawiły się legginsy, sukienka z peleryną oraz z czterema rękawami. Ja skusiłam się na prostą sukienkę w kolorze bitej śmietany – mniam… Po głowie chodzi mi gruszkowa bombka. Ostrzegam, że ta marka uzależnia. Ale chyba dobrze być uzależnionym od dobrej marki?

Razem z moją przyjaciółką prezentujemy Wearso 
– ja w śmietanowej sukience z nowej kolekcji, Ania w koszulce z sercem z poprzedniej

A to gruszkowa bombka, na którą mam apetyt…

By zobaczyć całą kolekcję Do nothing in Warsaw, kliknij tutaj.

FacebookTwitterPinteresttumblr

Bizuu, czyli wejście w stylu Glamour

Wczoraj, podczas uroczystości Kobieta Roku Glamour, siostry bizuu odebrały statuetkę w kategorii ‘Wejście w stylu Glamour’. Zasłużyłyście na nią – serdeczne gratulacje! Kiedy pisałam poniższy tekst, Zuza i Blanka dopiero szykowały się na łódzki Fashion Week. Ile się może zmienić w ciągu jednego miesiąca…
 

bizuu warsaw @ Koszykowa 1
Wybrałam się do warszawskiego butiku bizuu, zbierając materiały do artykułu Mapa modnych miejsc, opublikowanym w Viva! Moda nr 2/2012. Zajrzyjcie tutaj, by przeczytać więcej na ten temat. A poniżej to, co nie zmieściło się w magazynie.

Idąc do bizuu nie wiem, że czeka tam na mnie niespodzianka. W sklepie panuje atmosfera oczekiwania – zaraz ma się zjawić Kasia Zielińska. To jedna z gwiazd, które pokochały bizuu. Wybiera sukienkę w kolorze pudrowego różu. Wygląda w niej doskonale.

Zuza i Kasia – sukienka wybrana, można zrobić przegląd prasy
Projekty bizuu są bardzo dziewczęce, a jednocześnie doprawione szczyptą różowego pieprzu. Taki też jest warszawski butik tej marki – w sumie przypomina mi pudełko czekoladek. Takich z Forresta Gumpa – kiedy nigdy nie wiesz, jaka czekoladka ci się trafi. Ale każda jest pyszna:) Sklep jest przestronny, jasny, ma duże okna i ceglane ściany w odcieniu gołębiej szarości. W wystroju wnętrza królują pastele, które stanowią spokojne tło dla sukienek, topów i spódnic. Obok nich akcesoria – torby bizuu, a także kwiaty-broszki Polilla, imitująca słodycze biżuteria chocokate oraz ozdoby decolove. 

Butik projektowała Zuza, z wykształcenia architekt wnętrz 
Nazwa bizuu to skrót od pierwszych imion sióstr, które stworzyły markę – Blanki i Zuzy. Działają w modowym biznesie dopiero od dwu lat, ale już sporo osiągnęły. W kwietniu 2011 otworzyły pierwszy sklep w poznańskim Starym Browarze, w październiku zdobyły przyczółek w Warszawie. Pierwszy raz rozmawiałam z Zuzą Wachowiak dokładnie rok temu, oglądając projekty sióstr w malutkim  butiku w Poznaniu (Zuza mówi o nim bombonierka). Po roku rozmawiamy, kiedy czeka na Kasię Zielińską. Zapytana przeze mnie, jak czuje się w towarzystwie takich projektantów, jak Gosia Baczyńska, czy Tomasz Ossoliński, przy których bizuu coraz częściej jest wymieniane, Zuza skromnie odpowiada, że dla sióstr to ogromne wyróżnienie, z którym nadal się oswajają. Wiem, że to nieudawana skromność. Życzę siostrom, by nadal spełniały swoje marzenia i by pozostały wierne sobie. I love bizuu. Do you?
FacebookTwitterPinteresttumblr

Słodko-słone Licoreese

W maleńkim mieszkanku, na ostatnim piętrze kamienicy vis a vis Zamku Królewskiego kryje się pracownia, w której Ania Pięta wyczarowuje stroiki na głowę – z filcu, woalki, wstążek, guzików i pereł. Inspiruje ją wszystko, na czym warto dłużej zawiesić oko. Choć najczęściej zawiesza oko na bliskich jej sercu projektach z lat 60-tych. Jej pracownia jest tego odzwierciedleniem – razem z nią mieszkają tam znalezione na pchlich targach meble vintage i urokliwe porcelanowe filiżanki.

Ania w swojej pracowni

Licoreese od początku miało być fair – korzystać z przetworzonych surowców, wykorzystywać ideę recyklingu i upcyklingu, przywracać świetność rzeczom vintage. To idee bliskie Ani, która od lat przetwarza, wytwarza i wymyśla. Jej rzeczy są niepowtarzalne, nie tylko dlatego, że trudno o powtórzenie ręcznie wykonanego wzoru, ale również dlatego, że Ania szybko się nudzi i co chwilę wymyśla coś nowego. Podoba mi się takie podejście. Wiem, że to, co powstanie w efekcie jej poszukiwań, będzie wyjątkowe.

Słodko-słone inspiracje

Absolwentka malarstwa i tkaniny artystycznej, pozytywnie zakręcona animatorka przedsięwzięć artystyczno-modowych, oprócz projektowania nakryć na głowę, organizuje też np. Ściegi ręczne (kolejna edycja już 3 czerwca w Hotelu Europejskim). Nieustannie w drodze. Warto do niej wpaść nie tylko po to, by zamówić opaskę, czy toczek z woalką.

W tym toczku poczułam się jak Jackie O!

Pracownia Ani to też swoisty punkt przerzutowy rzeczy vintage – tutaj gromadzi, a następnie puszcza w obieg wyszperane w zaprzyjaźnionych miejscach buty, sukienki i inne skarby z czasów naszych mam. Ja znalazłam piękną brokatową sukienkę. Jak znalazł na party w stylu lat 60-tych, na które dostałam zaproszenie. Przypadek?

Napisałam ten tekst zbierając materiały do artykułu Mapa modnych miejsc, opublikowanym w Viva! Moda nr 2/2012. Zajrzyjcie tutaj, by przeczytać więcej na ten temat.

FacebookTwitterPinteresttumblr

Viva mapa modnych miejsc!

Właśnie ukazał się nowy numer Viva! Moda, a w nim … mój artykuł “Mapa modnych miejsc”:) Z aparatem na ramieniu wyruszyłam na poszukiwanie marek, które dopiero debiutują oraz takich, które działają już od jakiegoś czasu, ale nie są jeszcze powszechnie znane. W efekcie mojej wędrówki powstała krótka (acz treściwa) mapa miejsc, które naprawdę warto odwiedzić.

A w nich między innymi – urocze sukienki, w których zakochują się wszystkie kobiety od pierwszego wejrzenia (bizuu), biżu, w której zakochała się Madonna (Uzerai), rzeczy, w których zakochają się wszystkie ekolożki (Wearso) oraz ozdoby na głowę na specjalne i niespecjalne okazje (licoreese). A także Paryż w Warszawie, czyli Desir Paris.

Ponieważ zwykle w magazynie nie starcza miejsca na opublikowanie całego tekstu, kilka kolejnych wpisów poświęcę w całości miejscom przedstawionym na łamach Viva! Moda. Zatem zaglądnijcie tutaj za parę dni. Do zobaczenia!

FacebookTwitterPinteresttumblr