A summer to remember…

Fall seems to be arriving faster than expected, don’t you think? We just got used to those warm summer evenings, when sitting outside – on a balcony, in a cafe, or by the lake – seemed like the best moment of your life. And then, suddenly, those very evenings got, well, colder. September always sounds alarming, in a way. Kids go back to school, people get back from holidays, the madness of fashion weeks kicks in – there is this prevailing aura of urgency in the air. Things need to be done, and they need to be done NOW.

Well, before we all switch on the work mode, perform a wardrobe overhaul and pull out those knee boots out of the darkest depths of the closet – I am taking a moment to reminisce about my summer trips. Looking back at those past few months I realized I’ve been to quite a few beautiful places, the memory of which will be fueling my batteries during those long, less sunny, winter months. After all, isn’t life about collecting memories?

IMG_9281Chilling out in Fuerteventura with my husband

heisdapper02_13One of those amazing sunsets in Fuerteventura/Canary Islands

IMG_0481Cut-outs by Matisse, exhibition at Tate Modern, London/UK

IMG_1991Taking an afternoon stroll, after seeing BP Portrait Award 2014 exhibition at National Portrait Gallery, London

IMG_2004Hunting for second hand books in Charing Cross Road, London

IMG_0747Grand finale of Cubania by Carlos Acosta at the Royal Opera House, London

IMG_1468Lavender fields forever, Provence/France

IMG_1274Watching busy bees buzzing in lavender flowers, Provence

IMG_1413Lavender souvenirs, sold everywhere you go in Provence

IMG_1208Marseille, the city full of surprises, Provence

IMG_1074Romeo and Juliet, part of this year’s Festival d’Avignon, Provence

IMG_0961The breathtaking installation Klimt and Vienna at Carrrieres de Lumieres in Provence

Louis-Vuitton-SOS-Poland-21Hanging out with kids at the SOS Children’s Village Summer Camp in Lidzbark Warminski/Poland

he-is-dapper-1001Relaxing spot on the roof of a tree house near Nałęczów/Poland

IMG_0995A true gem for all nature lovers – Korolowa Chata in Nowoberezowo/Poland

For more photos from Fuerteventura click HERE.

For more photos from Provence click HERE (Carrieres de Lumieres) and HERE (Marseille).

For more photos from Podlasie (Northeast Poland) click HERE.

To see more pictures from the visit to an SOS Children’s Village summer camp click HERE.

Enjoy!

FacebookTwitterPinteresttumblr

The man behind … the cap

I couldn’t help but approach him, though a bit inhibited by his tall figure, towering over a sea of beauty editors attending the premiere of a new Sisley fragrance, Eau Tropicale. I put my fears in my bag and decided to introduce myself. There was no way I was turining my back on the occasion of personal encounter with Bronisław Krzysztof, the sculptor behind the cap of Soir de Lune, my favorite scent. After all, I look at his work every week – a woman kissing the moon crescent – isn’t that magical?

photoLittle me with the great talent behind the sculpture-caps of Sisley fragrances

I wanted to know so much about ‘the man behind the cap’ – how it came about, what was his inspiration, what was he like? The artist told me he was commissioned to be found by the French Consulate in Cracow, back in 1989. Once found, he had been asked to prepare some ideas and then invited to Paris by the d’Ornano family, the people behind Sisley brand. Before you knew, 20 years went by and I am still designing caps for their perfumes – says Mr Krzysztof. It is a great privilege to have been made part of their circle of friends – he adds. I can only imagine this must indeed be a privilege. I still hold dear in my memory the day when I attended one of Sisley’s launches, graced by the appearance of the truly inspiring Countess Isabelle d’Ornano.

soir de luneDesign and bottle of Sisley’s Soir de Lune perfume by Bronisław Krzysztof

Don’t be deceived by the little creations of Mr Krzysztof – they are not the only fruits of his talent. He’s had a quite prolific career, spanning across sculpture, drawings, medals and designer objects. For more information check out his website. For enhancing your dressing table with a new scent capped with a piece of art, visit the nearest perfumery. Eau Tropicale is a perfect choice for those who love lighter, sunny, floral fragrances. I shall stick to the deeper, musky, woody notes of Soir de Lune. After all, true love lasts forever…

eau_trpoicale_hpg_slider_15.03.2014Eau de Tropicale inspired painting by another Polish artist Krystyna Radziwiłł

Nie mogłam nie podejść do Bronisława Krzysztofa, choć przyznaję, że jego wzrost, górujący nad głowami gości premiery nowego zapachu Sisley Eau de Tropicale, trochę mnie przed tym powstrzymywał. Ostatecznie schowałam jednak strach do torebki i postanowiłam się przedstawić. Nie podarowałabym sobie, gdybym nie poznała osobiście autora rzeźby zdobiącej korek moich ulubionych perfum Sisley Soir de Lune. Pocałunek kobiety z księżycem – czy można sobie wyobrazić coś bardziej magicznego?

Chciałam poznać rzeźbiarza ukrytego za korkiem perfum, dowiedzieć się, jak rozpoczęła się jego przygoda z Sisley. To był chyba 89 rok, wiele osób chciało poznać “ten Wschód”, jak nazywano Polskę. Polecono konsulatowi w Krakowie, by mnie odszukać. Zostałem potem zaproszony do Paryża. I tak dwadzieścia parę lat przeleciało jak z bicza strzelił – mówi Bronisław Krzysztof, który nadal rzeźbi dla Sisley. Czuję się uprzywilejowany, będąc w gronie przyjaciół rodziny d’Ornano – dodaje. Mogę sobie tylko wyobrazić, jak wyjątkowe musi to być uczucie. Ja nadal mam w pamięci wizytę Państwa d’Ornano w Polsce (o czym pisałam tutaj). Hrabina Isabelle zrobiła wtedy na mnie oszałamiające wrażenie. Pamiętam to spotkanie do dziś, choć minęło już kilka lat.

Małe formy Bronisława Krzysztofa to nie jedyne owoce jego talentu. Para się także pełnowymiarową rzeźbą, medalami odlewanymi w brązie, rysunkiem (więcej informacji można znaleźć na stronie internetowej artysty). Tym, którzy chcą mieć perfumy zdobione unikatowym dziełem sztuki, polecam wizytę w perfumerii. Eau Tropicale będzie dobrym wyborem dla miłośników lżejszych, słonecznych, tropikalnych zapachów. Ja pozostanę wierna cięższym, szyprowym nutom księżycowego Soir de Lune. Bo prawdziwa miłość nie przemija nigdy…

FacebookTwitterPinteresttumblr

Poszłam na jogę, wróciłam z masłem…

Wybrałam się dzisiaj na jogę. Kto by pomyślał, że znalezienie miejsca do zaparkowania w sobotę rano będzie problemem? A jednak było. Po zrobieniu pięciu okrążeń i sprawdzeniu wszystkich możliwych ulic, poddałam się. Już miałam jechać do domu, kiedy przypominałam sobie, że w CZARNA.bar odbywają się dzisiaj warsztaty z oliwą i chlebem. Tym razem zaprogramowałam myśli, by zaparkować bez problemu. Znalazłam miejsce dokładnie na przeciwko baru. Potęga myśli, czy zbieg okoliczności?

Ku mojemu zdziwieniu, na warsztat przybyło tylko kilka osób. No cóż, nie każdemu chce się wyjść z ciepłego łóżka w sobotę rano… Wśród garstki ochotników rozpoznałam Minta Eats, która tym razem mniej jadła, a więcej ubijała, ale o tym za chwilę.

Jurek Nogal i Małgosia Minta

Warsztat prowadził szalenie miły Jurek Nogal, szef kuchni CZARNA.bar. Mieliśmy wspólnie zrobić masło. Każdy z nas dostał duży słoik wypełniony świeżym krowim mlekiem, które od kilku godzin siedziało spokojnie w słoiku czekając na metamorfozę. Teraz czekał je porządny wstrząs. By zamienić mleko w masło trzeba je porządnie wstrząsnąć i wymieszać. Okazuje się, że w warunkach miejskich wystarczy do tego słoik po ogórkach. Wypełniony do połowy mlekiem słoik potrząsamy energicznie w obie strony. Robimy to jednak z uczuciem, bo – jak powiedział Jurek – na maśle pozostają rysy naszej osobowości. Mleko powoli zmienia konsystencję i zaczyna przypominać gęstą śmietanę. Okazuje się jednak, że do masła jeszcze daleko. Dopiero po około godzinie wstrząsania zaczyna się coś dziać. Niestety, nie u mnie. Moje masło jest bardzo slow. Wytrąca się przedostatnie i wyłącznie dlatego, że pomaga mu silna męska dłoń szefa kuchni… Jurek pozwala mi na final touch, żebym miała poczucie, że to moje dzieło:)

 Efekt godzinnego potrząsania mlekiem w słoiku

Wstrząśnięte masło czeka teraz kąpiel wodna. Odlewamy maślankę, przekładamy masło (na razie w postaci kulek) do miski i podlewamy zimną wodą. Następnie zbijamy kulki w gładką maślaną masę i, wymieniwszy wodę na cieplejszą, oddajemy się “głaskaniu”. Tak Jurek nazywa proces przeciągania łyżką po maśle, by wydusić z niego ostatnie krople maślanki. Robimy to wielokrotnie, zmieniając wodę. Wygłaskane masło ląduje w pojemnikach, które … zabieramy do domu. Każdy z nas może teraz delektować się własnoręcznie zrobionym specjałem.

 Zimny prysznic dla masła

Nie powiem, że robienie masła jest łatwe – od godzinnego potrząsania słoikiem rozbolały mnie obie ręce, zaś głaskanie znieczuliło mój prawy nadgarstek bardziej niż gra w tenisa. Rozgrzeszyłam się za to z zajęć jogi, na które nie dotarłam. Własnoręcznie zrobione masło jest bezcenne! Pachnie świeżą śmietaną, smakuje dzieciństwem i wypełnia poczuciem dumy… Raczej nie przerzucę się na domową produkcję masła, ale na pewno jeszcze kiedyś je zrobię w domu.

Jutro w CZARNA.bar kolejny maślany warsztat o 11.00, a o 12.00 prezentacja Studia Rygalik, czyli jak to się dzieje, że z myślenia o oleju powstają meble. Polecam!

 

FacebookTwitterPinteresttumblr

Słodkie domowe SPA

Spieszę się. Umówiłam się na 19.00 na SPA. U mnie w domu. Mają do mnie przyjechać Ilona i Karolina, by zaserwować mi zabieg relaksacyjny. Po ostatnich zimnych dniach na myśl o relaksie robi mi się cieplej…

Wpadam do domu i robię błyskawiczny skan sytuacji. Pranie do sypialni, naczynia do zmywarki. W locie jem kanapkę i nastawiam wodę na herbatę. W pośpiechu tłukę szklankę. A niech to! To musi być na szczęście! – myślę na głos. I szybko zabieram się do sprzątania. Właśnie wtedy dostaję smsa: Tu Sweet Home Spa. Jesteśmy za 15 minut. Super pomysł – sms, tak na wszelki wypadek. Nie mi jednej zdarzyło się zapomnieć o umówionym spotkaniu, nawet tak miłym, jak relaksacyjny masaż. Szybko usuwam szklane pobojowisko i zapalam świeczki. Jestem gotowa. Dokładnie w tym momencie słyszę dzwonek do dzwi. Ufff, zdążyłam!

Ilona i Karolina przychodzą dokładnie o umówionej godzinie. Podczas, gdy ja biorę prysznic, one wyczarowują domowy gabinet kosmetyczny. Kiedy wracam do pokoju, czeka na mnie malinowa herbata (filiżankę i herbatę dziewczyny przywiozły ze sobą). Jestem mile zaskoczona. Chwilę rozmawiamy o ich domowym SPA – zaczęły zaledwie 2 miesiące temu, a już mają zapisy na zabiegi. Oczywiście, niecierpliwią się i marzą, żeby było ich więcej. Uspokajam je, że to dopiero początek, a początki zawsze są trudne. Osobiście wierzę w domowe usługi. To tylko kwestia czasu, kiedy coraz więcej pań będzie chciało korzystać z zabiegów kosmetycznych w domowym zaciszu. Szybciej, wygodniej i milej.

Słodkie specjalistki – Karolina i Ilona

Zaczynamy. Najpierw peeling całego ciała. Zmywam go pod prysznicem (we własnej łazience). Potem masaż na cztery ręce. Olejek do masażu ma zapach czekolady i pomarańczy. Zapomniałam zapytać, z jakiej jest firmy, ale przypomina mi kupowane w Londynie czekoladowe kosmetyki Origins (niestety, nie ma już ich w ofercie). Ilona i Karolina mogłyby wystartować w reprezentacji Polski w masażu synchronicznym – ich ruchy są idealnie zgrane i, co ciekawe, o tym samym natężeniu. Mam wrażenie, że masuje mnie jedna osoba o czterech rękach. Czy, kiedy zamknęłam oczy, dziewczyny przemieniły się w hinduską Shivę? Po masażu ciała czas na twarz. Podczas, gdy Ilona nakłada na moją twarz preparat (dowiaduję się potem, że to kosmetyk szwajcarskiej firmy Valmont), Karolina masuje moje stopy. Odpływam…

Kiedy wracam do rzeczywistości, okazuje się, że nie muszę się przebierać, nie muszę wsiadać do samochodu i nie muszę nigdzie jechać. Jestem we … własnym domu i mogę resztę wieczoru spędzić na czytaniu książki (po tym, jak skończę ten wpis na blogu oczywiście). Co za słodkie uczucie…

Polecam Sweet Home SPA wszystkim, którzy cenią sobie komfort, intymność i czas. A także miłą pogawędkę przy filiżance pysznej herbaty:)

FacebookTwitterPinteresttumblr

It’s how good you want to be

If there is ever a book that you can read and then re-read, and every time learn something new, or remind yourself about who you want to be – it is Paul Arden‘s It’s not how good you are, it’s how good you want to be.

From explaining why it is better to live in a world full of mediocrity, through taking a Posh point of view on Persil Automatic, to siding with people who are difficult, Arden comes up with plenty of evidence to champion those who fail, make mistakes and don’t win awards. Sounds, er, weird? Not really. Read this book and you will find out why it is (in the words of the publisher) a pocket bible for the talented and timid to make the unthinkable thinkable and the impossible possible.

PS. Did I mention you can read this book over and over again? Do.

FacebookTwitterPinteresttumblr