Missing Barcelona

I checked the weather in Barcelona today – 24 degrees and sunny. The sun must have decided to stay in Barcelona, as there was no trace of it in Warsaw. Oh, and there was a 10-degree difference in temperature… Thankfully, it was only two weeks ago, when I was basking under the Mediterranean sun and enjoying the capital of Catalonia. It is a wonderful place to recharge your batteries. That weather, those tapas bars, the wine, the sea. Life filled with simple pleasures is simply beautiful…

IMG_5692 IMG_5693 IMG_5695 IMG_5697 IMG_5706 IMG_5707 IMG_5712 IMG_5715 IMG_5717 IMG_5724 IMG_5725 IMG_5730 IMG_5731 IMG_5740 IMG_5749 IMG_5759 IMG_5765

PS. Agata, thank you for an amazing time. Muchas gracias!

FacebookTwitterPinteresttumblr

Surowa tarta migdałowa ze świeżym majerankiem i lawendą

To prawda, że uczymy się czegoś każdego dnia. Tydzień temu nauczyłam się robić ciasto bez pieczenia i zmieniłam podejście do majeranku. Ale po kolei.

LePetitMarseillais_warsztaty_MaiaMoja współpraca z Le Petit Marseillais obfituje w moc wrażeń. Za nami konferencja prasowa, spotkanie dla blogerek, a także warsztaty kulinarne dla finalistek konkursu, w którym można było wygrać wyjazd do Prowansji. Warsztaty prowadziła Maia Sobczak, która przygotowała dla nas specjalne przepisy, z wykorzystaniem składników pochodzących z Prowansji. Ale nie tylko dlatego były wyjątkowe. Były też w 100% wegetariańskie (Maia ściśle przestrzega wegetariańskiej diety, ja połowicznie – nie mogę się rozstać z rybami i owocami morza, ale mięsa nie jem już od 20 lat), a przede wszystkim – przepyszne! Osobiście najbardziej przypadła mi do gustu surowa tarta migdałowa ze świeżymi owocami i majerankiem. I tym przepisem właśnie chciałabym się z Wami podzielić. Jest bardzo prosta, bardzo pyszna i nie wymaga pieczenia. To jeden z tych przepisów, które warto mieć w pogotowiu na wypadek niespodziewanych gości. Ten deser w zasadzie robi się sam:)

Do miseczki wsypujemy (“na oko”) garść migdałów, kilka orzechów laskowych i orzechów nerkowca, kilka suszonych śliwek i daktyli – wszystko zalewamy filiżanką mleka waniliowego. Odstawiamy na chwilę, by zmiękło. W tym czasie można przygotować owoce do dekoracji lub zająć się rozmową z kimś miłym:) Po około 20 minutach miksujemy zawartość miseczki na gęstą masę. Gdyby wyszła za rzadka, Maia poleca, by dodać odrobinę mąki migdałowej, choć nie jest to konieczne. Za to koniecznie trzeba dodać utartą skórkę i trochę soku z limonki. Sok z limonki doskonale przełamuje słodki smak orzechów i suszonych owoców. Warto sprawdzać smak w czasie robienia ciasta, żeby nie było ani za słodkie, ani za kwaśne. Gotową masę wkładamy do wyłożonych papierem do pieczenia tartaletek (choć pieczenia nie będzie, za to łatwiej będzie wyjąć ciasto z foremek), wygładzamy nożem i wstawiamy do lodówki na 30 minut lub godzinę.

Do dekoracji tarty idealne są owoce sezonowe – my skorzystałyśmy z pełni sezonu truskawkowego, dodając do truskawek morele, nektarynki i borówki. Owoce myjemy, osuszamy i kroimy w dowolny sposób, by udekorować nimi tartę po wyjęciu z lodówki. Maia poleca, by serwować ją na talerzykach w małych kawałeczkach, przybraną owocami i listkami świeżego majeranku. Można też użyć do dekoracji innych ziół i kwiatów, na przykład lawendę. Przyznaję, że majeranek dotychczas kojarzył mi się wyłącznie z suszoną przyprawą do zawiesistych sosów. Namówiona przez Maię odważyłam się potraktować go z sympatią i użyć do dekoracji deseru. Nie obiecuję, że się zaprzyjaźnimy na lata, ale może damy sobie szansę na przelotną znajomość. Na szczęście majeranek posłużył tutaj tylko jako akcent do dekoracji, bo główny smak deseru tworzy słodko-kwaśna owocowo-orzechowa masa. W połączeniu ze świeżymi owocami powstaje bardzo ciekawa kombinacja. Polecam wypróbować, naprawdę warto. Smacznego!

photo

Zdjęcia z warsztatów kulinarnych z Maią Sobczak znajdziecie na facebooku Le Petit Marseillais.

Więcej ciekawych przepisów Mai znajdziecie na jej blogu Qmam kaszę.

LPM_packshot_foto_PL_10Produkty, które posłużyły jako inspiracja do warsztatów to żele pod prysznic Le Petit Marseillais Słodkie Mleczko Migdałowe, Madarynka i Limonka, Mleczko Waniliowe, Miód Lawendowy i Biała Brzoskwinia i Nektarynka. Ja pokochałam Miód Lawendowy:)

FacebookTwitterPinteresttumblr

A rare find: Central Park Warsaw

I shouldn’t really be sharing this, in fear of having too many people crashing ‘my’ restaurant. But then, life is about sharing, so here it is, enjoy! Central Park Warsaw is a little gem neatly tucked in between a few other inconspicuous places. You won’t stumble across it. You have to know where it is. We read about it somewhere and instantly decided to check it out. It just seemed like our kind of place. It is. It’s small, cosy, friendly, has a short menu, nice decor and … is round the corner from where we live. There is no box it doesn’t tick. Simples.

photo

The food (daily updates on facebook) is invented by the lovely owner Anna – it is fresh, simple, healthy, no fuss. The prices won’t break the bank. The service is very helpful, chatty but does not cross the line. If you happen to be served by Ola, she’ll make your day. The only complaint you might sometimes have is about the heat coming from the tiny kitchen. Unfortunately this has something to do with the admin of the building. Maybe the owners will be able to fix it over time. I take it as part of the package but if you are a fussy person with a tendency to complain, you might want to steer clear of this, otherwise wonderful, place. May I just say, you won’t be missed;)

Address: Belwederska 13, Warsaw. Mokotów. Opposite a park. Naturally.

FacebookTwitterPinteresttumblr

When in London, come to Thai Cottage

Thai Cottage is a family-run institution, serving authentic Thai food right in the heart of London Soho. Unlike many places in the area, this restaurant won’t break your bank, with lunch deals priced at just 5.50 pounds. Being a seafood lover, I always go for prawn dishes. Stir fry prawn with baby corn and spring onion in oyster sauce (£8.75) or prawn in green/red curry paste with coconut milk, aubergine, bamboo shoots & sweet basil (£8.95) are every time safe bets. Thai Cottage curries are smooth, silky and simply melt in your mouth. Stir fries offer just the right texture of prawns and vegetables. If you prefer meat options – try chicken in red curry paste with coconut milk, aubergine, bamboo shoots & sweet basil (£6.95). When it comes to starters, I recommend deep fried fish cakes (£5.50) with home-made chilli sauce or chicken satays (£4.95).

By the way, do not get discouraged by the somewhat vintagey decor – this place is as authentic as it can get and the food will make up for the (possibly) lacking modern design. After all, you are after a good meal at a good price and, trust me, you will not be disappointed.
blogger-image-2004843408
Address: Thai Cottage, 34 D’Arbley Street, Soho/London W1F.
FacebookTwitterPinteresttumblr

WEARSO. w Poznaniu

Jeszcze tylko przez tydzień, do 22 października, można odwiedzić WEARSO. pop-up store w Starym Browarze w Poznaniu. To wyjątkowa okazja, by spotkać WEARSO. poza Warszawą, gdzie sklep stacjonuje na co dzień.

Ta marka rozkochała w sobie nie tylko zadeklarowane ekolożki, ale także zwolenniczki wygody i jakości. WEARSO. zbliża do siebie pokolenia,  łamie podziały wiekowe i łączy przedstawicielki odległych od siebie profesji. Noszą ją nastolatki, ich mamy, a nawet babcie. Nierzadko do warszawskiego sklepu na Mokotowskiej przychodzą na zakupy trzy pokolenia. Klientkami WEARSO. są studentki, fashionistki i prawniczki. Mało która marka jest tak demokratyczna.

Przyznacie, że WEARSO. ładnie wpisało się we wnętrza Starego Browaru?

Harel, autorka subiektywnego bloga modowego, tak komentuje najnowszą kolekcję WEARSO. – Na pierwszy rzut oka widać, że Aleksandra Waś nie przepada za półśrodkami. Jeśli dekolt, to bardzo głęboki. Jeśli golf, to sporo powyżej szyi. Oversize wg Wearso. mógłby spokojnie znaleźć się w Sevres. (…) To jest majstersztyk i myśl przewodnia, nie tylko „szare bezkształtne worki”, jak zaskakująco często określa się modę tego typu. Polecam zwrócić uwagę na kunszt odszycia poszczególnych rzeczy. Zauważycie, że np. paski są dopasowane do siebie idealnie. Co znaczy, że już na etapie krojenia zachowano pełną świadomość. Droga Harel – nic dodać, nic ująć.

Sukienka Hush by Wearso. czyli LBD* wg Oli Waś
*little black dress

Najnowsza kolekcja WEARSO. nazywa się FALLING. Projektantka WEARSO. nie przepada za opisywaniem kolekcji. WEARSO. chce się komunikować obrazem, a nie słowem – mówi. Udało mi się jednak namówić Olę, by krótko opisała swoją najnowszą kreację. Choć opis oszczędny jest w słowach, przemawia do wyobraźni, przynajmniej mojej. – W nowej kolekcji Wearso dekonstruuje pozornie odległe od siebie motywy rzymskiej togi oraz francuskiego malarstwa rewolucyjnego, które spotykają się w najbardziej uproszczonej formie kwadratu ze ściętą po skosie podstawą. Forma ta – z jednej strony prosta, z drugiej dynamiczna – staje się punktem wyjścia dla całej kolekcji, jak zwykle zachęcając do poszukiwań własnych sposobów na noszenie poszczególnych elementów.

Własne poszukiwania to wyznacznik filozofii twórczej projektantki Wearso. Kolekcje tworzą bardzo przemyślany, lecz nie hermetyczny koncept, otwierający szerokie pole do zabawy i kreacji.

Sukienka Toga by Wearso. W takiej todze widzę kilka znajomych prawniczek
(przynajmniej na urlopie)

Warto przypomnieć, że ubrania Wearso. wykonane są z organicznej bawełny, która nigdy nie została poddana działaniu środków chemicznych. Dlatego jest dużo bardziej wytrzymała i przyjemna w noszeniu. Wiem coś o tym, bo spędziłam otulona Wearso. niejeden dzień…

Wearso. pop-up store w Poznaniu czeka na Was do 22 października w godz. 10.00-21.00.
Stary Browar, ul. Półwiejska 32, Pasaż Wysoki, przy przejściu z Atrium na Dziedziniec Sztuki.

FacebookTwitterPinteresttumblr

The risotto queen

I am a self-proclaimed risotto queen. I love risotto. It is one of my signature dishes. I love the taste of it and I love cooking it. It is like a yoga session. Well, almost. But there is something repeatedly calming and rewarding about it. You can’t rush it and you have to have the right ingredients. The substitutes won’t help. There is only one way to cook risotto – claims every risotto fan and I bet there are as many ways in Italy, as there are cooks.

So here it is, by popular demand and tonight’s Frank’s urgent call, my recipe for a perfect risotto. You’ve got to remember one thing – I have been cooking this dish for more than 10 years. It takes time to master it to perfection. But I can promise you that once you get a grasp of it, you will fall in love with risotto and forever wonder – how could I have lived without it?
blogger-image--2035070918
Risotto con asparagi, cooked earlier this summer #yummy #IamTheQueenOfRisotto
For two servings of the classic risotto you will need:
2/3 glass (drinking glass) of arborio rice (I find Italian riso Gallo the best and most widely available one)
2 glasses of vegetable stock (cook it from scratch using root vegetables, discard veggies after cooking and strain the stock through the strainer or, if you are in a rush, use a veggie stock cube, one will do for that amount of water)
Butter (few spoons)
Olive oil (few splashes)
2-3 shallots or 1 small onion, chopped (I prefer using red onions, for both color and texture)
1/4 glass of white wine
Parmesan cheese, finely grated (few spoons) – Parmigiano Reggiano is of course the best option but is not always available, so any good quality Italian grated cheese will do. Do not try to replace it with any hard yellow cheeses, or you will end up with a rice and cheese mash…
To make risotto more exciting, you can cook it with:
Vegetables – such as zucchini (my all-time favorite), fennel, broad beans, asparagus, or pumpkin (wonderfull for the approaching chilly fall days)
Mushroom – wild mushroom are the best (funghi porcini)
Seafood – such as prawns or scallops
Fish – white fish is the best (I grill it separately and serve it on top of the risotto)
The making of risotto:
In one pot heat up the stock and keep it hot (turn down the hear but don’t turn it off entirely). In another pot (a large saucepan is the best) melt a generous spoon of butter with a splash of olive oil over medium heat. Add chopped onion and cook until tender but do not allow it to turn brown (it should last no longer than a couple of minutes). Add the rice and stir it for a while, so that it becomes glassy and coated in the buttery mixture. After a while, add the wine. You will hear a hissing sound when the wine hits the hot pot – that’s a good sound! Stir again, until the wine is absorbed by the rice.
Now the real risotto game begins. Add a ladle full of stock and stir. Keep stirring and when the rice absorbs the stock, add another portion if it. Keep adding the stock, one ladle at a time, until finished and fully absorbed. The mistake some people often make is pouring all liquid over the rice in one go and then stirring. This is not theway to do it, you must be patient and stick to the ‘one at a time’ rule. By doing so, you show respect to this dish. Risotto is not about a quick game. From the first to the last portion of stock it should take approximately 20 minutes. Half way through, stir in the ingredients such as vegetables or mushroom (best to have them pre-cooked first in a separate pan). If you’re adding seafood or fish, cook them first separately and add to risotto very last minute, as not to disintegrate them too much in the process.
Make sure the rice is not too dry and not too soupy. Creamy is what you are looking for. You want to arrive at the right consistency – the golden rule of risotto says that the rice should be al dente – each grain should be tender, yet distinctly firm to the bite. The center of each grain is supposed to be neither hard nor soft. It takes a few takes at arriving at the desired risotto shape and form. Take the pot off the heat, stir in the rest of the butter, parmesan cheese and set it aside for a couple of minutes, under cover. Some recipes say to serve it immediately but I find the risotto becomes slightly more moerish when allowed to rest for just a little while longer…. Sprinkle with freshly ground black pepper just before serving.
Risotto is about three things really: the right ingredients, the right proportions and the constant stirring. You have to put patience and respect into this dish. And love. You’ve got to show it your love. In return, you will get a mouth-watering delicacy… Buon appetito!
FacebookTwitterPinteresttumblr

Oliva – podróż oliwnym szlakiem

Od kilku dni delektuję się cudownym smakiem oliwy z Krety, którą można kupić w nowej warszawskiej restauracji Oliva. Kromka świeżego chleba umaczana w oliwie o aromacie świeżej trawy i gorzko-słodkim smaku to prawdziwa uczta… Do tego kieliszek dobrego białego wina – i mamy la dolce vita! Polecam odwiedzić Olivę i wypróbować proponowane przez właścicieli oliwy, sprowadzone z południa Europy – z miejsc, które sami odwiedzili. A jeśli, tak jak ja, rozsmakujecie się w jednej z nich, kupcie butelkę na wynos, by oddać się oliwnym uniesieniom w domowym zaciszu.

Oliva to nowe miejsce na kulinarnej mapie Warszawy. Działa dopiero od dwóch tygodni. Motywem przewodnim menu, skomponowanego przez szefa kuchni Łukasza Żuchowskiego, jest właśnie oliwa. Nie pojawia się w każdej potrawie, ale jest miłym akcentem w restauracyjnej karcie. Warto odkryć to miejsce podczas majowych spacerów Nowym Światem – wystarczy skręcić w Ordynacką, by trafić na oliwny szlak.

Tym, którzy nie spędzają majówki na południu Europy, polecam ucztę w śródziemnomorskim stylu w samym sercu Warszawy. Na przystawkę proponuję esencjonalną zupę z pieczonych pomidorów z kroplą zielonego pesto, na danie główne pyszne domowe ravioli z grzybami w maśle ze świeżą szałwią, a na deser – rozpływający się w ustach czekoladowy fondant… Jeśli odwiedzicie Olivę, podzielcie się koniecznie wrażeniami. Czekam!

Olivę odwiedziła już Restaurantica – polecam ciekawą recenzję na blogu.

FacebookTwitterPinteresttumblr

Nabo – miejsce dla przyjaciół

Sprawdza się stare powiedzenie – tak blisko, a tak daleko… Nabo działa już od blisko trzech miesięcy, a jakoś nie mogliśmy tam dotrzeć. Mimo, iż mieszkamy tak blisko. Ale… co się odwlecze, to nie uciecze. Dzisiaj wreszcie odwiedziliśmy Nabo. Od progu wpadliśmy w ramiona Uli, która wyściskała nas za wszystkie czasy! To Ula, wraz ze swoim duńskim mężem Steffenem, a raczej Steffen, wraz ze swoją polską żoną Ulą, stworzyli na warszawskiej Sadybie ten skandynawski przyczółek. Przejąwszy sklepik spożywczy (podobno dość szpetnej urody), wykreowali przytulną restaurację inspirowaną Danią. Jest przestronnie, jasno (duuuże okna – lubię to!), trochę industrialnie (ale nie za bardzo), skromnie, ładnie, miło.

Menu w Nabo jest proste, podobnie jak wystrój tego miejsca. Karta jest krótka i królują w niej ryby (coś dla mnie!). Chyba jako jedyne miejsce w stolicy Nabo serwuje popularne w Danii kanapeczki smørrebrød, czyli „chleb posmarowany masłem” z dodatkami – aktualnie do wyboru pasztet, pasta z makreli, czy rostbef z domowej roboty podawany z chutney’em według przepisu rodziny Eriksen. Kanapeczki są znakomite, zupa rybna smaczna, a białe wino bardzo przyjemne (dowiaduję się, że od Marka Kondrata). W karcie jest już zimowa herbata – z imbirem i cytrusami – idealna na leniwe niedzielne popołudnia…

Ula opowiada mi, jak powstawało Nabo. Z jej opowieści bije pasja i ogromna radość, że się udało. A także nadzieja, że skandynawski przyczółek na trwale zagości na warszawskiej mapie kulinarnej. Dzisiejsza frekwencja (wszystkie stoliki zajęte) to zdecydowanie dobra wróżba. Na szczęście nie jest to miejsce hipsterskie (tych już zdecydowanie w stolicy za dużo). Nie ma tu lansu, nikt nikogo nie taksuje wzrokiem. Obsługa jest miła, a goście zdecydowanie z tych, co lubią się zasiedzieć, a nie wpaść po ogień. To miejsce dla sąsiadów, rodzin, przyjaciół. Ma szansę stać się lokalnym Central Perk z serialu Friends. Polecam zdecydowanie i obiecuję, że będę wpadać częściej:)

Współwłaścicielka Nabo Ula
(przepraszam za niewyraźne zdjęcie, ale jest dość ruchliwą osobą:)
FacebookTwitterPinteresttumblr

Having a Hoot in Brick Lane

I haven’t been to Brick Lane for a while. I am thrilled to find it packed with pop-up fashion boutiques, vintage clothing markets and artists’ stalls. Having resisted the sales in the West End (OK, not quite – I did buy a pair of lovely wedges at Banana Republic), I succumb to the joy of browsing (which, incidentally, turns into buying) in the East End of London. Here is my shopping trip in pictures.

Backyard Market showcases work of various designers, including fashion and graphics.
We acquire a few amazing photography pieces.
As I’m leaving the market, an intriguing drawing of an owl catches my eye.
I decide to talk to the author, who turns out to be a charming print designer,
making patterns on t-shirts and dresses.
I try on a few pieces, and after a little deliberation, decide on a peacock over the owl.
And here I am, oh-so-proudly flashing this grey number.
Next time I’m in London, I will definitely go back to Brick Lane to hunt for more fashion treasures. I’m always happy to support artistic talent. Besides, you never know, over time a market stall may turn into a big label and I may turn into the owner of a vintage piece from the first collection…
FacebookTwitterPinteresttumblr

A w DeliEs … lato pełną gębą:)

Już nie mogłam doczekać się lipcowej karty w DeliEs! Czerwcowa była dla mnie zbyt mięsna, a że mięsa nie jadam, czekałam na zmianę kulinarnej warty. Warto było czekać. W ubiegłym tygodniu wróciłam z Londynu i, choć oddałam się tam małej kulinarnej rozpuście (hmmm, może o tym napiszę na blogu?), muszę przyznać, że stęskniłam się za Delikatesami.

 Lipiec w DeliEs, a w nim – lato pełną gębą!

Wpadamy do restauracji praktycznie z lotniska… Jestem rozdarta… – wzdycham do Hani, która przyjmuje od nas zamówienie. Między czym? – pyta Hania. Między halloumi a łososiem… – odpowiadam szybko. No tak, to całkiem naturalne rozdarcie – mówi Hania, kiwając ze zrozumieniem głową. Hmmm, nie pomagasz mi – myślę – ale decyduję się wreszcie na sałatę z grillowanym serem halloumi, rzadkość na restauracyjnych kartach. Nie żałuję wyboru. Grillowany ser halloumi smakuje wybornie, a kombinacja sałaty, awokado, kolendry i żurawiny w kwaskowatym dressingu doskonale uzupełnia jego smak. Miłym zaskoczeniem są dla mnie słodkawe prażone migdały, które przyjemnie chrupią między zębami…. Mój mąż zamawia filet z kurczaka na sałatce z żółych i malinowych pomidorów, z mozzarellą i bazyliowym pesto. Zostawię sobie połowę na lunch jutro – mówi, widząc wielkość porcji. Kurczak znika z jego talerza w trakcie naszej rozmowy. No cóż, chyba na lunch będzie coś innego;)

Sałata: grillowany ser halloumi, 32 zł
Danie główne: filet z kurczaka, 34 zł
Mam ochotę na czerwone wino – zamawiamy dwie lampki włoskiego Primitivo. To wyborne wino, zamawiam je nie po raz pierwszy. Jest wyraziste, ale aksamitne. Z przyjemnością wracam do tego smaku.
 Primitivo – Apulia, Włochy. Kieliszek 19 zł, butelka 90 zł

Kolejna moja wizyta w DeliEs nieuchronnie kończy się zamówieniem łososia pod ziołową kruszonką, na maślanych warzywach. To dość sycące danie, więc polecam je bardzo wygłodzonym gościom. Marchewka, cukinia, szpinak i bób – delikatnie maślane i doprawione ziołami po prostu rozpływają się w ustach…

Danie główne: łosoś, 39 zł

W planach mam jeszcze zupę wino i pomidory oraz krewetki z patelni. Poluję też na sernik na płatkach owsianych z borówkami. Ten deser ciągle znika z karty. Ciekawe dlaczego?;)

Zdjęcia potraw: Monika Motor

PS. Wpadnijcie we wtorek (10 lipca) na koncert. W ogrodzie Delikatesów Esencja zagra ambient jazzowa formacja J.A.A. w składzie Duda/Dzeljiji/Młynarski. Wstęp wolny. Do zobaczenia?

FacebookTwitterPinteresttumblr