The fifth dimension

I believe in the fourth dimension, and in a fifth […]. This stems from the need to be reassured, to believe that one never loses everything and that there is something happening on the other side.
Gabriele Chanel in Marcel Haedrich, Coco Chanel, Paris, P. Belfond, 1987, p. 118

No. 5 Culture Chanel at Palais De Tokyo in Paris showcases various aspects of Coco Chanel’s most famous creation. The concept of the exhibition is very simple – everything is displayed in 110 cases containing photos, letters, works of art, books, early bottles of No. 5, few memorabilia, sketches, ads and documents, telling a story of the revolutionary scent created in 1921.

Visually, the exhibition is very modest but presents a complex insight into, undoubtedly, the world’s famous perfume – in more than just five dimensions. One hour is not enough to explore every single item in the show, so book a decent time slot in your diary. Oh, and do hurry, as it closes on June 5th!

No. 5 Culture Chanel at Palais De Tokyo in Paris, until June 5th, 2013.
Opening hours from 12.00 to 24.00 every day except Tuesday. Free admission.

A giant Chanel no. 5 bottle is part of the exhibition. 
I couldn’t help but wonder – is it filled with real perfume?

For more pictures from the weekend I spent in Paris, go here.
FacebookTwitterPinteresttumblr

Neverfull on my mind…

I can’t stop thinking about this image from Louis Vuitton Summer 2013 collection. It reminds me of those summer holiday afternoons in the south of Europe, when your only problems are such simply choices as to whether read a book, go swimming, or have a white wine spritzer… I love the model (Antonine Peduzzi – one half of the creative duo behind the 180TL handbag label), pausing for the picture but really looking as though she was caught off guard, possibly going to the beach. Her glasses, her summer dress, her rose sandals, but above all – her beautiful summer Neverfull bag … All these elements make a perfect holiday look.

The sun-drenched colors of the Mediterranean were the inspiration for Louis Vuitton’s Summer 2013 collection. The original Neverfull in Monogram canvas has, in its largest size, established a reputation as the chicest bag on the beach. This year, for the first time, it has been reinterpreted with a colorful leather trim. Bright pink, blue or rose indien replace the familiar natural beige leather trim and are to be found in the matching floral lining and vintage-style Louis Vuitton Articles de Voyage print. I just can’t take my eyes off this bag! The touch of rose makes it a hot summer must-have.

Now, how about booking a carefree (but very elegant!) weekend at the French riviera, hmmm?

Louis Vuitton Neverfull bag in Monogram canvas rose indien

FacebookTwitterPinteresttumblr

Mowa much, gadające pufy i inne tajemnice XVIII wieku

Osiemnastowieczne europejskie damy były bardzo kreatywne. Maleńkie muchy, wykonane z tafty, służyły im nie tylko do maskowania mankamentów urody, ale także miały za zadanie – poprzez kontrast z jasną karnacją – podkreślać modną w owym czasie śnieżnobiałą cerę. Jednak przyklejane najczęściej w okolicy oka muszki były też tajnymi agentkami – wędrując po twarzy osiemnastowiecznej damy wysyłały bowiem sygnały do płci przeciwnej. Uważni adoratorzy podążali szlakiem muchy, odczytując komunikaty nadawane przez jej nosicielkę. Muszę przyznać, że to dość sprytna metoda na jawną, choć ukrytą komunikację.

Być może muszki-agentki były też dodatkową ozdobą na głowach pań noszących modne w pierwszej połowie XVIII wieku małe fryzurki, układane do dość okazałych robe à la française – sukni w stylu francuskim? Splendoru rozpiętym na wiklinowym stelażu zamaszystym spódnicom dodawały jeszcze bogato dekorowane staniki i krótsze, “pagodowe” rękawki zdobione koronkami. Lata 70-te XVIII wieku, wraz z nastaniem panowania Marii Antoniny, przyniosły najbardziej szalone lata w modzie francuskiej, a wraz z nimi piętrowe koafiury. Podstawą francuskiej fryzury typu “puf” był worek wypchany sianem lub pierzem – dopiero na nim garnirowano włosy, które usztywniano pomadą. Dekoracje wpinane we włosy francuskiej damy informowały o tym, co działo się w jej życiu i oddawały aktualny nastrój madame. Były więc kolejnym sposobem na komunikację z otoczeniem, bez konieczności używania słów. Sama Maria Antonina zamieniła wymyślne fryzury na bonnet (czepiec) dopiero po urodzeniu dziecka, rezygnując z modnego wizerunku na rzecz bardziej statecznego, przystającego panującej królowej i matce.

Dama w błękitnej polonezce z czerwoną parasolką – ze zbiorów Muzeum Narodowego w Warszawie.
Suknia spacerowa, jej upięcie z tyłu symbolizowało I rozbiór Polski.


Osiemnastowieczna moda męska też nie była pozbawiona ciekawostek. Do wierzchniego okrycia, rodzaju długiej marynarki do kolan, zwanej szustokorem (fr. justaucorps), panowie nosili spodnie do kolan, tzw. kuloty oraz jedwabne pończochy. Pod nimi zaś często – sztuczne łydki! Służyły one do korygowania męskich łydek, które – jak wiemy – często nie grzeszą idealnym kształtem. Aby więc nadać im pożądaną linię, pod pończochy zakładano wkładki wypełnione puchem łabędzim. By z kolei sprostać ideałowi małej stopy, panującemu w modzie XVIII-wiecznej, do butów noszono wielkie kokardy lub sprzączki, optycznie zmniejszające męską stopę. Dopiero po rewolucji francuskiej strój męski stał się skromniejszy i zaczął oscylować w kierunku bardziej stonowanej mody angielskiej. Kiedy brytyjski premier William Pitt wprowadził podatek na puder, panowie zrezygnowali też z pudrowanych fryzur. Myślę, że to akurat wyszło im na dobre, zaznaczając wyraźniej różnice między płcią brzydką a nadobną.

Płeć nadobna przywdziała w tym okresie bardziej swobodną robe à l’anglaise – suknię angielską, szytą najczęściej z drukowanej bawełny lub muślinu, rzadziej z jedwabiu i atłasu. Na salonach pojawiły się skromniejsze suknie i luźne fryzury wiązane wstążkami. Popularne były także robe chemise – zwiewne suknie “koszulki”, którym początek miały dać francuskie arystokratki cierpiące na upały we francuskich koloniach. Proste suknie o kształcie tuby, przepasane wstążką, szybko przyjęły się też na polskich dworach, ze względu na wygodę, a także (wreszcie!) możliwość prania. Pod koniec wieku na salony wkroczyła suknia empirowa z podniesioną talią, kończąc ewolucję osiemnastowiecznego stroju kobiecego.

W Polsce XVIII-wiecznej mieszały się wpływy mody francuskiej, angielskiej i rodzimej – polskiej. Tej wierna była przede wszystkim szlachta. To szlachta właśnie domagała się, by ostatni król Polski Stanisław August Poniatowski był koronowany w tradycyjnym stroju szlacheckim. Król jednak bliższy był modzie zachodnioeuropejskiej i jego strój koronacyjny był demonstracją jego poglądów. Dodatkowo, by uniknąć zgolenia głowy w myśl tradycji szlacheckiej, zdobył zaświadczenia od siedmiu (!) lekarzy – potwierdzające, iż zgolenie głowy w jego przypadku zakończy się chorobą. Nie wiedziałam, że mieliśmy takiego zmyślnego króla.

Moje notatki z wykładu, zilustrowane rysunkiem robe à la française


Ten wpis powstał na podstawie informacji, które zanotowałam podczas wykładu Magdaleny Bialic “Moda XVIII wieku na obrazach ze zbiorów Muzeum Narodowego”, wygłoszonego w Muzeum Narodowym 20 kwietnia. Dawno nie byłam na tak ciekawym wykładzie. Żałuję, że muzeum nie rozesłało informacji o tym wydarzeniu do modowych gazet i portali. Jestem przekonana, że na sali znalazłoby się wówczas więcej młodych osób zainteresowanych modą. Wprawdzie widok osób znacznie starszych ode mnie natchnął mnie optymizmem, jednak obecność zaledwie kilku młodych twarzy dość zaniepokoiła. Rozmawiałam o tym między innymi z Agnieszką Ścibior, redaktor naczelną Viva Moda. Gdyby tylko wiedziała o wykładzie, zapowiedziałaby go choćby na redakcyjnym facebooku, który zrzesza ponad 30 tysięcy fanów. Jestem pewna, że część z nich znalazłaby czas w sobotnie popołudnie, by posłuchać o modzie utrwalonej na muzealnych obrazach. Rozszyfrowaliby wówczas siedzącego na nosie Agnieszki pasikonika, zdobiącego wstępniak do letniego wydania magazynu…

FacebookTwitterPinteresttumblr

Oliva – podróż oliwnym szlakiem

Od kilku dni delektuję się cudownym smakiem oliwy z Krety, którą można kupić w nowej warszawskiej restauracji Oliva. Kromka świeżego chleba umaczana w oliwie o aromacie świeżej trawy i gorzko-słodkim smaku to prawdziwa uczta… Do tego kieliszek dobrego białego wina – i mamy la dolce vita! Polecam odwiedzić Olivę i wypróbować proponowane przez właścicieli oliwy, sprowadzone z południa Europy – z miejsc, które sami odwiedzili. A jeśli, tak jak ja, rozsmakujecie się w jednej z nich, kupcie butelkę na wynos, by oddać się oliwnym uniesieniom w domowym zaciszu.

Oliva to nowe miejsce na kulinarnej mapie Warszawy. Działa dopiero od dwóch tygodni. Motywem przewodnim menu, skomponowanego przez szefa kuchni Łukasza Żuchowskiego, jest właśnie oliwa. Nie pojawia się w każdej potrawie, ale jest miłym akcentem w restauracyjnej karcie. Warto odkryć to miejsce podczas majowych spacerów Nowym Światem – wystarczy skręcić w Ordynacką, by trafić na oliwny szlak.

Tym, którzy nie spędzają majówki na południu Europy, polecam ucztę w śródziemnomorskim stylu w samym sercu Warszawy. Na przystawkę proponuję esencjonalną zupę z pieczonych pomidorów z kroplą zielonego pesto, na danie główne pyszne domowe ravioli z grzybami w maśle ze świeżą szałwią, a na deser – rozpływający się w ustach czekoladowy fondant… Jeśli odwiedzicie Olivę, podzielcie się koniecznie wrażeniami. Czekam!

Olivę odwiedziła już Restaurantica – polecam ciekawą recenzję na blogu.

FacebookTwitterPinteresttumblr