IMG01959-20121208-1135

Poszłam na jogę, wróciłam z masłem…

Wybrałam się dzisiaj na jogę. Kto by pomyślał, że znalezienie miejsca do zaparkowania w sobotę rano będzie problemem? A jednak było. Po zrobieniu pięciu okrążeń i sprawdzeniu wszystkich możliwych ulic, poddałam się. Już miałam jechać do domu, kiedy przypominałam sobie, że w CZARNA.bar odbywają się dzisiaj warsztaty z oliwą i chlebem. Tym razem zaprogramowałam myśli, by zaparkować bez problemu. Znalazłam miejsce dokładnie na przeciwko baru. Potęga myśli, czy zbieg okoliczności?

Ku mojemu zdziwieniu, na warsztat przybyło tylko kilka osób. No cóż, nie każdemu chce się wyjść z ciepłego łóżka w sobotę rano… Wśród garstki ochotników rozpoznałam Minta Eats, która tym razem mniej jadła, a więcej ubijała, ale o tym za chwilę.

Jurek Nogal i Małgosia Minta

Warsztat prowadził szalenie miły Jurek Nogal, szef kuchni CZARNA.bar. Mieliśmy wspólnie zrobić masło. Każdy z nas dostał duży słoik wypełniony świeżym krowim mlekiem, które od kilku godzin siedziało spokojnie w słoiku czekając na metamorfozę. Teraz czekał je porządny wstrząs. By zamienić mleko w masło trzeba je porządnie wstrząsnąć i wymieszać. Okazuje się, że w warunkach miejskich wystarczy do tego słoik po ogórkach. Wypełniony do połowy mlekiem słoik potrząsamy energicznie w obie strony. Robimy to jednak z uczuciem, bo – jak powiedział Jurek – na maśle pozostają rysy naszej osobowości. Mleko powoli zmienia konsystencję i zaczyna przypominać gęstą śmietanę. Okazuje się jednak, że do masła jeszcze daleko. Dopiero po około godzinie wstrząsania zaczyna się coś dziać. Niestety, nie u mnie. Moje masło jest bardzo slow. Wytrąca się przedostatnie i wyłącznie dlatego, że pomaga mu silna męska dłoń szefa kuchni… Jurek pozwala mi na final touch, żebym miała poczucie, że to moje dzieło:)

 Efekt godzinnego potrząsania mlekiem w słoiku

Wstrząśnięte masło czeka teraz kąpiel wodna. Odlewamy maślankę, przekładamy masło (na razie w postaci kulek) do miski i podlewamy zimną wodą. Następnie zbijamy kulki w gładką maślaną masę i, wymieniwszy wodę na cieplejszą, oddajemy się “głaskaniu”. Tak Jurek nazywa proces przeciągania łyżką po maśle, by wydusić z niego ostatnie krople maślanki. Robimy to wielokrotnie, zmieniając wodę. Wygłaskane masło ląduje w pojemnikach, które … zabieramy do domu. Każdy z nas może teraz delektować się własnoręcznie zrobionym specjałem.

 Zimny prysznic dla masła

Nie powiem, że robienie masła jest łatwe – od godzinnego potrząsania słoikiem rozbolały mnie obie ręce, zaś głaskanie znieczuliło mój prawy nadgarstek bardziej niż gra w tenisa. Rozgrzeszyłam się za to z zajęć jogi, na które nie dotarłam. Własnoręcznie zrobione masło jest bezcenne! Pachnie świeżą śmietaną, smakuje dzieciństwem i wypełnia poczuciem dumy… Raczej nie przerzucę się na domową produkcję masła, ale na pewno jeszcze kiedyś je zrobię w domu.

Jutro w CZARNA.bar kolejny maślany warsztat o 11.00, a o 12.00 prezentacja Studia Rygalik, czyli jak to się dzieje, że z myślenia o oleju powstają meble. Polecam!

 

FacebookTwitterPinteresttumblr

Leave a Reply