Wearso wychodzi z podziemia

Otwarcie nowego butiku Wearso było jednym z najmilszych eventów, na których byłam. Wcale nie dlatego, że pomagałam przy jego organizacji. Bynajmniej. Przyczyniło się do tego wiele osób.

Po pierwsze – Ola, właścicielka i projektantka Wearso. Tworzyła to miejsce swoim sercem – dokładnie tak, jak chciała. O tym, że jest czarodziejką, pisałam w moim pierwszym wpisie o Wearso. Tym razem wyczarowała piękną przestrzeń, w której po prostu chce się przebywać.

Po drugie – goście. Wśród nich styliści, dziennikarze, klientki (obowiązkowo w sukienkach Wearso!) i przyjaciele marki. Wpadło zaledwie kilka znanych osób, ale takich, które rzeczywiście wspierają ekologiczną modę. Wśród nich – Dorota Deląg, Maja Popielarska i Małgorzata Braunek. Nie było tłumu przypadkowych osób. W powietrzu unosiła się atmosfera życzliwości.

 

Dorota Deląg i Ola Waś udzielają wywiadu do Co Za Tydzień TVN 

Po trzecie – partnerzy wydarzenia. Dzięki nim wieczór Wearso był wyjątkowy pod każdym względem. Pyszny poczęstunek przygotowali Joanna i Piotr z restauracji Delikatesy Esencja, ręcznie robione smakołyki – Gosia z Pyszności, strefę chillout – Karolina z Chilli Zet (leżakowanie w Warszawie pod koniec września to prawdziwa gratka), a ekologiczne kosmetyki – za sprawą Zuzy – ufundowała firma Sanoflore. Wydarzenie wspierał także magazyn Slow oraz portal DaWanda (na którym można już kupić ubrania Wearso).

Po czwarte … myślę, że każdy, kto odwiedził Wearso tego wieczoru mógłby dorzucić od siebie jeszcze parę powodów, dlaczego było tak miło. Jak na przykład zrobił to Tobiasz, który bloguje o eventach, czyli polskich pokazach i nie tylko. Szczególnie ubawił mnie jego komentarz dotyczący zaproszenia. Polecam.

Przepiękne zdjęcia z otwarcia Wearso można zobaczyć tutaj. Ich autorem jest Łukasz Bąk.

A tymczasem polecam i zapraszam do nowego sklepu Wearso – mieści się na Mokotowskiej 62. Teraz wejście znajduje się na poziomie ulicy. I choć Wearso wyszło z podziemia, zachowało swój undergroundowy styl. Za to –  i jeszcze za kilka innych rzeczy – uwielbiam tę markę.

PS. Nowe miejsce jest pełne niespodzianek. Szczególnie uważajcie na wielkie lustro. Niby optycznie powiększa przestrzeń. Ale mam podejrzenia, że przenosi również w inny wymiar. Sama o mały włos nie przeszłam na drugą stronę lustra. Żeby nie było, że nie ostrzegałam…;)

FacebookTwitterPinteresttumblr

Słodkie domowe SPA

Spieszę się. Umówiłam się na 19.00 na SPA. U mnie w domu. Mają do mnie przyjechać Ilona i Karolina, by zaserwować mi zabieg relaksacyjny. Po ostatnich zimnych dniach na myśl o relaksie robi mi się cieplej…

Wpadam do domu i robię błyskawiczny skan sytuacji. Pranie do sypialni, naczynia do zmywarki. W locie jem kanapkę i nastawiam wodę na herbatę. W pośpiechu tłukę szklankę. A niech to! To musi być na szczęście! – myślę na głos. I szybko zabieram się do sprzątania. Właśnie wtedy dostaję smsa: Tu Sweet Home Spa. Jesteśmy za 15 minut. Super pomysł – sms, tak na wszelki wypadek. Nie mi jednej zdarzyło się zapomnieć o umówionym spotkaniu, nawet tak miłym, jak relaksacyjny masaż. Szybko usuwam szklane pobojowisko i zapalam świeczki. Jestem gotowa. Dokładnie w tym momencie słyszę dzwonek do dzwi. Ufff, zdążyłam!

Ilona i Karolina przychodzą dokładnie o umówionej godzinie. Podczas, gdy ja biorę prysznic, one wyczarowują domowy gabinet kosmetyczny. Kiedy wracam do pokoju, czeka na mnie malinowa herbata (filiżankę i herbatę dziewczyny przywiozły ze sobą). Jestem mile zaskoczona. Chwilę rozmawiamy o ich domowym SPA – zaczęły zaledwie 2 miesiące temu, a już mają zapisy na zabiegi. Oczywiście, niecierpliwią się i marzą, żeby było ich więcej. Uspokajam je, że to dopiero początek, a początki zawsze są trudne. Osobiście wierzę w domowe usługi. To tylko kwestia czasu, kiedy coraz więcej pań będzie chciało korzystać z zabiegów kosmetycznych w domowym zaciszu. Szybciej, wygodniej i milej.

Słodkie specjalistki – Karolina i Ilona

Zaczynamy. Najpierw peeling całego ciała. Zmywam go pod prysznicem (we własnej łazience). Potem masaż na cztery ręce. Olejek do masażu ma zapach czekolady i pomarańczy. Zapomniałam zapytać, z jakiej jest firmy, ale przypomina mi kupowane w Londynie czekoladowe kosmetyki Origins (niestety, nie ma już ich w ofercie). Ilona i Karolina mogłyby wystartować w reprezentacji Polski w masażu synchronicznym – ich ruchy są idealnie zgrane i, co ciekawe, o tym samym natężeniu. Mam wrażenie, że masuje mnie jedna osoba o czterech rękach. Czy, kiedy zamknęłam oczy, dziewczyny przemieniły się w hinduską Shivę? Po masażu ciała czas na twarz. Podczas, gdy Ilona nakłada na moją twarz preparat (dowiaduję się potem, że to kosmetyk szwajcarskiej firmy Valmont), Karolina masuje moje stopy. Odpływam…

Kiedy wracam do rzeczywistości, okazuje się, że nie muszę się przebierać, nie muszę wsiadać do samochodu i nie muszę nigdzie jechać. Jestem we … własnym domu i mogę resztę wieczoru spędzić na czytaniu książki (po tym, jak skończę ten wpis na blogu oczywiście). Co za słodkie uczucie…

Polecam Sweet Home SPA wszystkim, którzy cenią sobie komfort, intymność i czas. A także miłą pogawędkę przy filiżance pysznej herbaty:)

FacebookTwitterPinteresttumblr

Biały wieczór

Volvo V40 nazywany jest białym krukiem w rodzinie Volvo. Jego premierę uświetnił pokaz kolekcji Gosia Baczyńska White. Dobry nastrój zapewnił gościom likier Cointreau, tym razem w rzadkiej, białej odsłonie. Nawet scenografia była biała, a w prezencie dostaliśmy białe kosmetyki. Tylko auto, w którym się zakochałam, było czerwone…

Zapraszam do obejrzenia zdjęć z białego wieczoru. Ich autorem jest Łukasz Widziszowski

Sukienki z kolekcji Gosia Baczyńska White wywołały na sali szmer zachwytu…

… choć ja mnie zachwyciły te z kolekcji wieczorowej


Cointreau Fizz, czyli pomarańczowy likier w białej odsłonie

Tego wieczoru byliśmy w cointreau-wersyjnym nastroju:)

Volvo 1800S – piękny model produkowany w latach 60-tych. 
Skradł moje serce…
FacebookTwitterPinteresttumblr

La Mania’s angel wings

Last night La Mania unveiled its fifth collection during an amazing spectacle. I’ve been to all their shows so far, including the one in London earlier this year, which was more like an art exhibition. Putting together an outfit for La Mania’s evening is always a challenge and a pleasure:) After a little deliberation, I went for a black dress and accessorized my look with a lovely headpiece by Anna Pieta and my favorite L.K. Bennett’s heels.

 
The show was spectacular-spectacular! (to use the famous quote from Moulin Rouge movie). It started off quite daring and scaring – well, at least for me – with a ballerina suspended on a long line, from a very high ceiling, in a breathtaking interior of Ufficio Primo. It did take my breath away. Literally. I paused and prayed for her not to fall down. She didn’t. Instead, after performing air ballet, she ascended to the top and disappeared through the hole in the roof. I was relieved…

After a truly Hitchcockian start, the fashion show began. The first part showed more innovative numbers, the second remained true to La Mania roots. There were a lot of signature cream creations, paired off with quite a few black ones. Even Joanna Przetakiewicz, creative director of the brand, who usually goes for a white gown, wore a simple black dress, with angle wings embroidered on the back. White tuxedos (very YSL!) and deep-red dresses added a nice sexy touch to the collection.

The show climaxed with a golden rain of confetti in the shape of angel wings. I couldn’t help but whisper – heavenly! Can’t wait until the next show. Until then, I’m going to hold on to my golden wing I kept. For luck.

FacebookTwitterPinteresttumblr

It’s how good you want to be

If there is ever a book that you can read and then re-read, and every time learn something new, or remind yourself about who you want to be – it is Paul Arden‘s It’s not how good you are, it’s how good you want to be.

From explaining why it is better to live in a world full of mediocrity, through taking a Posh point of view on Persil Automatic, to siding with people who are difficult, Arden comes up with plenty of evidence to champion those who fail, make mistakes and don’t win awards. Sounds, er, weird? Not really. Read this book and you will find out why it is (in the words of the publisher) a pocket bible for the talented and timid to make the unthinkable thinkable and the impossible possible.

PS. Did I mention you can read this book over and over again? Do.

FacebookTwitterPinteresttumblr