Merry Christmas everyone!

Have yourself a merry little Christmas! May your days be filled with joy, your stockings with precious treasures and your hearts with love. I’m having a very fashionable Christmas moment, wearing a vintage dress and a headpiece by Anna Pieta, standing by my grandparents’ wedding picture. If, like myself, you decided to wear a net veil, make sure you lift it up before you sit down for your Christmas meal:) xx

FacebookTwitterPinteresttumblr

Fairy tale by Dawid Wolinski

We were waiting for an hour and people were still gathering… Suddenly the room turned dark, and in the darkness we saw few silhouettes, silently moving across the room. And then, we heard the drums. The spotlight fell on one drummer, then another, one more and – before we knew it – the room was filled with beautifully dressed drummers, wearing Nutcracker-like uniforms. They marched us into the spirit of the show… The drummers were not the only surprise that night. A live music box dancer opened the show and danced until the very end of it. 

I don’t think you’ll be able to see anything in this picture, it’s too dark
– whispered my journalist friend into my ear.
Well, you kind of do, don’t you?

A golden music box with a dancing ballerina

The new collection featured Wolinski’s signature crinolines but also simpler designs, which are closer to my heart. The collection began with the quiet hues of black, brown and grey – lovely outfits! My favorite part of the show. Then short flirty dresses and skirts followed suit, accessorized with glittering pumps – for the little girl in you. The third part of the collection consisted mainly of silver and gold outfits – for the bolder clientele.

My favorite outfit of the night – simple and chic. I love it!

The golden dust sprinkled on the floor, the Nutcracker drummers, the music box dancer… – all of this put me in a very festive mood. What a nice way of celebrating the last week leading on to Christmas! Have yourself a very merry one!

FacebookTwitterPinteresttumblr

Świąteczne Wearso

Na myśl o świątecznych zakupach kręci Wam się w głowie? Mi też. Dlatego szerokim łukiem omijam centra handlowe. Szukam miejsc przytulnych, z wyjątkową ofertą, miłą obsługą i przyjemną muzyką… Niewiele jest takich miejsc w Warszawie i dlatego cenię je sobie podwójnie. Zawsze chętnie wpadam do Red Onion przy Szpitalnej – kupiłam tutaj w tym roku kilka kartek świątecznych i śmieszną kaczkę z rogami (dla pewnej “bardzo grzecznej” przyjaciółki). Od niedawna odwiedzam Mysia 3 – przypomina mi londyński department store Liberty (na mniejszą skalę oczywiście). Tutaj mieści się mój ukochany COS (sukienki szyte po prostu na mnie!), kuszący domowymi gadżetami sklep Nap, genialne stoisko Bookoff z kulinarnymi książkami w oryginale (polecam – super ceny!), MUJI pop-up store i kilka innych ciekawych butików. Z tęsknoty za Londynem zaglądam też do Marks & Spencer przy Marszałkowskiej. Tutaj buszuję głównie w delikatesach, ale polecam też M&S jako źródło ciekawych świątecznych gadżetów. I wreszcie – Mokotowska. A tutaj – już na samym początku – czeka Wearso.

 Brunetki, blondynki – Wearso ubiera wszystkie dziewczynki:)

W butiku Wearso spokojnie – gra muzyka, palą się świece, pachną świąteczne pierniczki…  Klientki częstowane są kieliszkiem czerwonego wina – czerwone, bo takie lubi Ola, właścicielka Wearso (blondynka na zdjęciu). Nie mam akurat ochoty na wino, dostaję więc szklankę soku porzeczkowego. W sumie wygląda jak wino, więc czuję się świątecznie:) Wśród świeczek piętrzą się gruszki – korci mnie, żeby zjeść jedną z nich, ale już pochłonęłam kilka pierniczków i uznaję, że smak piernika może zanadto pokłócić się ze smakiem gruszki;) By utwierdzić się w słusznym wyborze, zjadam … jeszcze jeden pierniczek. A co tam! W końcu są Święta!

Pisałam już nie raz, że z Wearso trudno wyjść bez czegoś nowego. Przejrzałam wieszak i stwierdziłam, że już wszystko mam, a to, czego nie mam, jest po prostu nie dla mnie. Dokładnie w tym momencie usłyszałam głos Oli – A tę sukienkę przymierzałaś? Tej jeszcze nie przymierzałam. Wydawało mi się, że to nie mój styl – krótszy tył, dłuższy przód, hmmm – jak to będzie wyglądać? Wygląda dobrze. Czuję się świetnie. Sukienka dołączyła do mojej kolekcji. Taki prezent sprawi radość mamie, siostrze, córce lub przyjaciółce. Merry Wearso!

Zdjęcie zrobione telefonem w lustrze to mój sprawdzony sposób na testowanie nowości
FacebookTwitterPinteresttumblr

Cointreau-wersje w blasku biżuterii

Zawsze chciałam zorganizować spotkanie w butiku ORSKA. I wreszcie mi się udało:) Pretekstem był kolejny cointreau-wersyjny wieczór. Degustowaniu słodko-gorzkiego likieru towarzyszyło oglądanie nowej kolekcji Ani Orskiej. Ale zanim oczarowała nas kolekcja Memory sprawdziłyśmy swoje umiejętności za barem. Z różowym Cointreaupolitanem w dłoni mogłyśmy poczuć się niczym sama Dita von Teese. Z takim rekwizytem przymierzanie biżuterii było po prostu słodką przyjemnością…

Ilona z Cointreaupolitanem w dłoni …
… i tajemniczym uśmiechem na twarzy

Cointreauwersyjne spotkanie zbiegło się z premierą anielsko-diabelskiej kolekcji Memory. Nie wiem, czy Ania nie mogła się zdecydować i zaprojektować tylko grzeczne aniołki, czy doskonale wiedziała, że nasze serca skradną też nieposłuszne diabełki? Mam swoje przemyślenia na ten temat;)

W kolekcji Memory Orskiej znajdziecie intrygujące rogate naszyjniki…

… oraz niewinne anielskie kolczyki

Ania aka What Anna Wears przygotowuje koktajl Cointreaupolitan

Jeśli siedzi w Tobie mały diabełek, proponuję – dla kamuflażu – sprawić sobie parę anielskich kolczyków od Orskiej, a następnie umówić się z przyjaciółką na świąteczne ploteczki i cointreauwersyjne drinki. Przepis na Cointreaupolitana znajdziesz tutaj. Miłych cointreauwersji!

PS. Więcej zdjęć Cointreau Rendez-vous u Orskiej znajdziesz na facebooku.

FacebookTwitterPinteresttumblr

Poszłam na jogę, wróciłam z masłem…

Wybrałam się dzisiaj na jogę. Kto by pomyślał, że znalezienie miejsca do zaparkowania w sobotę rano będzie problemem? A jednak było. Po zrobieniu pięciu okrążeń i sprawdzeniu wszystkich możliwych ulic, poddałam się. Już miałam jechać do domu, kiedy przypominałam sobie, że w CZARNA.bar odbywają się dzisiaj warsztaty z oliwą i chlebem. Tym razem zaprogramowałam myśli, by zaparkować bez problemu. Znalazłam miejsce dokładnie na przeciwko baru. Potęga myśli, czy zbieg okoliczności?

Ku mojemu zdziwieniu, na warsztat przybyło tylko kilka osób. No cóż, nie każdemu chce się wyjść z ciepłego łóżka w sobotę rano… Wśród garstki ochotników rozpoznałam Minta Eats, która tym razem mniej jadła, a więcej ubijała, ale o tym za chwilę.

Jurek Nogal i Małgosia Minta

Warsztat prowadził szalenie miły Jurek Nogal, szef kuchni CZARNA.bar. Mieliśmy wspólnie zrobić masło. Każdy z nas dostał duży słoik wypełniony świeżym krowim mlekiem, które od kilku godzin siedziało spokojnie w słoiku czekając na metamorfozę. Teraz czekał je porządny wstrząs. By zamienić mleko w masło trzeba je porządnie wstrząsnąć i wymieszać. Okazuje się, że w warunkach miejskich wystarczy do tego słoik po ogórkach. Wypełniony do połowy mlekiem słoik potrząsamy energicznie w obie strony. Robimy to jednak z uczuciem, bo – jak powiedział Jurek – na maśle pozostają rysy naszej osobowości. Mleko powoli zmienia konsystencję i zaczyna przypominać gęstą śmietanę. Okazuje się jednak, że do masła jeszcze daleko. Dopiero po około godzinie wstrząsania zaczyna się coś dziać. Niestety, nie u mnie. Moje masło jest bardzo slow. Wytrąca się przedostatnie i wyłącznie dlatego, że pomaga mu silna męska dłoń szefa kuchni… Jurek pozwala mi na final touch, żebym miała poczucie, że to moje dzieło:)

 Efekt godzinnego potrząsania mlekiem w słoiku

Wstrząśnięte masło czeka teraz kąpiel wodna. Odlewamy maślankę, przekładamy masło (na razie w postaci kulek) do miski i podlewamy zimną wodą. Następnie zbijamy kulki w gładką maślaną masę i, wymieniwszy wodę na cieplejszą, oddajemy się “głaskaniu”. Tak Jurek nazywa proces przeciągania łyżką po maśle, by wydusić z niego ostatnie krople maślanki. Robimy to wielokrotnie, zmieniając wodę. Wygłaskane masło ląduje w pojemnikach, które … zabieramy do domu. Każdy z nas może teraz delektować się własnoręcznie zrobionym specjałem.

 Zimny prysznic dla masła

Nie powiem, że robienie masła jest łatwe – od godzinnego potrząsania słoikiem rozbolały mnie obie ręce, zaś głaskanie znieczuliło mój prawy nadgarstek bardziej niż gra w tenisa. Rozgrzeszyłam się za to z zajęć jogi, na które nie dotarłam. Własnoręcznie zrobione masło jest bezcenne! Pachnie świeżą śmietaną, smakuje dzieciństwem i wypełnia poczuciem dumy… Raczej nie przerzucę się na domową produkcję masła, ale na pewno jeszcze kiedyś je zrobię w domu.

Jutro w CZARNA.bar kolejny maślany warsztat o 11.00, a o 12.00 prezentacja Studia Rygalik, czyli jak to się dzieje, że z myślenia o oleju powstają meble. Polecam!

 

FacebookTwitterPinteresttumblr

Mądra książka

Michała poznałam kilka lat temu. Był moim drugim nauczycielem stepowania. Wróciwszy z Londynu, gdzie stawiałam pierwsze kroki na zajęciach tap dancing w słynnym Pineapple Studio, szukałam kogoś, kto by mnie dalej poprowadził. I tak trafiłam na Michała, który przez kilka miesięcy cierpliwie znosił moje pomyłki, spóźnienia i głośne tupanie, kiedy mi coś nie wychodziło. A nie wychodziło mi często. Nasze wspólne lekcje się skończyły – nie pamiętam już dlaczego – ale pozostaliśmy w kontakcie. Kibicowałam Michałowi, kiedy ze swoją stepującą grupą brał udział w Mam Talent. Służyłam radą, kiedy o nią prosił. A kiedy powiedział mi, że napisał książkę, wiedziałam, że zrobi wszystko, by ujrzała światło dzienne. I tak się stało.

Mądrość z natury to rymowane bajki o miłości, szacunku, przyjaźni, tolerancji i cudach natury. Powstały, kiedy Michałowi urodziła się córeczka Matylda. Jej przyjście na świat sprawiło, że Michał Zawadka, dotychczas piszący do szuflady, postanowił zmierzyć się z wyzwaniem wydania książki. Na premierze łamał mu się głos. Jego wzruszenie udzieliło się nam wszystkim. Dopiero, kiedy posadził przy sobie swoją córeczkę, zdołał powiedzieć parę słów.

 Michał i jego mała muza Matylda

To wzruszenie było całkowicie uzasadnione. Bo Michał, który wierzy w możliwości umysłu, przekraczanie barier i osiąganie rzeczy niemożliwych i który swoje wydawnictwo nazwał Mind&Dream, dokonał cudu. W projekt zaangażowało się wielu przyjaciół Michała, a także wiele znanych osób.  Bajki czytają Piotr Adamczyk, Krystyna Czubówna, Karolina Gruszka, Joanna Jabłczyńska, Cezary Pazura i Maciej Stuhr, a kołysankę śpiewa Robert Janowski. Książkę przetłumaczono już na wiele języków świata, w tym nawet na “przysłowiowe krzaczki”, czyli chiński oraz – uwaga! – na Braille’a. Warto wiedzieć, że złotówka z każdego sprzedanego egzemplarza przekazywana jest na Unicef.

 Mądrość z natury pisana Braille’m

Zbliżają się święta. Warto kupić pod choinkę prezent nie tylko ładny, ale i mądry. Ta pięknie zilustrowana książka na pewno nim jest. Powstała z marzeń i choćby dlatego warto ją mieć.

fot. Mądrość z natury

FacebookTwitterPinteresttumblr

Warszawska Nolita

Jeśli mieszkacie w Warszawie, wybierzcie się do Nolity – pierwszej autorskiej restauracji Jacka Grochowiny. Twórca, właściciel i szef kuchni zdobywał doświadczenie w londyńskim hotelu Ritz oraz wyróżnionych gwiazdkami Michelin restauracjach Le Gavroche i Tom Aikens. Nolita to miejsce, gdzie warto przygotować podniebienie na najwyższych lotów doznania kulinarne.

Wejście do restauracji NOLITA, ul. Wilcza 46

Miałam okazję spróbować domowego makaronu linguine z ośmiornicą oraz rzadko spotykanego w menu polskich restauracji fish cake, czyli ‘ciastka rybnego’. Oba dania były wyśmienite. Poprzedził je krem z białych warzyw, podany jako amuse-bouche w miniaturowej szklance oraz wypiekane na miejscu pieczywo, podane z masłem na różowej tafli soli. Tym, którzy chcą przetestować Nolitę, polecam skorzystanie z menu lunchowego – 2 dania w cenie 69 zł lub 3 w cenie 79 zł to propozycja warta grzechu.

Sala restauracyjna (fot. Nolita)

Nazwa restauracji nawiązuje do manhattańskiej dzielnicy Nolita (North of Little Italy), tętniącej życiem restauracyjnym. Warszawskie zagłębie restauracyjne powstaje w okolicach ulic Poznańskiej i Wilczej i tam właśnie otworzyła się Nolita. Nazwa i wystrój wnętrza (elegancko, ale swobodnie) to nie jedyne międzynarodowe akcenty tego miejsca. Na otwarciu restauracji grał amerykański muzyk jazzowy Nathan Williams, o którym pisałam na blogu w kontekście fortepianu Whaletone, zaś logo zaprojektował mieszkający w Warszawie Londyńczyk Trent Payne, który na swoim koncie ma kreacje dla takich marek, jak Laurent Perrier, Glenfiddich, czy BBC.

Logo by Trent Payne @ 77 Creative

Nad całością doznań pod marką Nolita czuwa polski szef Jacek Grochowina, który w warszawskiej restauracji o nowojorsko brzmiącej nazwie proponuje kulinarny spektakl na prawdziwie światowym poziomie. Polecam!

FacebookTwitterPinteresttumblr

Baileys by Philip Treacy

Jest kobietą, kocha modę i przyjęcia. Ma swoje tajemnice, fascynuje, inspiruje i uwodzi. – tak zaczynało się zaproszenie na prezentację nowego mariażu w świecie mody – awangardowego projektanta kapeluszy Philipa Treacy z kobiecym likierem Baileys. Jednym słowem małżeństwo doskonałe. Przynajmniej dla mnie. Kapelusze by Philip Treacy podziwiam od lat, a szklaneczce Baileys zwykle nie odmawiam. Odmówiłam jednak wczoraj, ceremonialnie umoczywszy jedynie usta, gdyż w planach miałam yogę i nawet Baileys nie miał szans zmienić moich planów. Za to na pewno dzisiaj się skuszę. Ale do rzeczy. A raczej – do kapeluszy.

Dotyk Philipa Treacy, czyli Baileys w kolorach tęczy
(fot. serwis prasowy)

Zaprojektowana przez Treacy’ego butelka jest piękna. Mieni się refleksami głębokiego fioletu i jest ozdobiona tęczową tiarą, specjalnie stworzoną na okoliczność tej współpracy. Żałuję ogromnie, że nie wyprodukowano miniaturowych grzebyków w kształcie tiary – nie pogardziłabym takim grzebykiem spod ręki samego Philipa T. Choć nie mogę narzekać, gdyż jestem posiadaczką wieczorowej torebki jego projektu. Nabyłam ją 8 lat temu podczas London Fashion Week. ‘Andy Warhol by Philip Treacy LONDON’ – to brzmi dumnie! To jedna z moich ulubionych fashion trophies.

 My Very Own Philip Treacy

Na przyjęcie prezentujące kolekcję Treacy for Bailyes wybrałam się z Miss Heel – naszą polską kapeluszniczką i – podobnie, jak ja – wielką fanką talentu Treacy’ego. Z czterech zaprojektowanych kapeluszy, nasz największy zachwyt wzbudził ten ze szmaragdowych piór. Feathered Treacy jest po prostu prze.pięk.ny. W mojej skromnej kolekcji nakryć głowy brakuje jeszcze ozdoby z pracowni irlandzkiego projektanta. Będę ją wizualizować przy szklaneczce Baileys…

Diament, szmaragd i … Baileys
rys. Anna Halarewicz
(fot. serwis prasowy) 

PS. W informacji prasowej przeczytałam, że kolekcję kapeluszy Baileys by Philip Treacy będzie można wygrać w konkursie, który ma zostać zorganizowany w styczniu 2013. Nie wiem, jak Wy, ale ja na pewno wezmę w nim udział:)

FacebookTwitterPinteresttumblr

Zagłosuj na Agnieszkę:)

Agnieszka Cegielska została nominowana do finału IV edycji plebiscytu Gwiazdy Dobroczynności, w kategorii Darczyńca Organizacji Społecznej. Ogromnie się ucieszyłam, bo od wielu miesięcy, z racji tego, że pracuję z Agnieszką, obserwuję, jak bardzo się angażuje w fundację ze swojego rodzinnego Malborka. Fundacja Szkoła Otwartych Serc, której Agnieszka jest Ambasadorką, to szkoła, która troszczy się o dzieci niezależnie od ich zdolności i umiejętności. W swojej misji ma wpisane: Szkoła z sercem ma dochować wierności uczniom: jeśli naukę rozpoczyna 25 dzieci, to “zgubienie” po drodze choćny jednego ucznia stawia pod znakiem zapytania cały fundament etyczny szkoły. Pamiętam, że kiedy pierwszy raz przeczytałam zdanie o tym, że nie można zgubić nawet jednego ucznia, ogromnie się wzruszyłam.

Królowa Dziecięcych Serc – Agnieszka w papierowej koronie od dzieci z fundacji

Agnieszka współpracuje ze Szkołą Otwartych Serc od 3 lat. Wiem, że jest w kontakcie z fundacją codziennie – dzwoni, smsuje. Zimą zdobywa dla dzieci buty, czapki i ciepłe kurtki. Pamiętam, jak opowiadała mi o tym, jak mierzyła z opiekunkami stopy dzieci, żeby upewnić się, że dostaną dobry rozmiar. Znalazła sponsora na zakup krzesełka rehabilitacyjnego dla głuchoniewidomego chłopca. Dzięki jej zaangażowaniu fundacja zebrała w tym roku rekordową sumę ponad 15 tysięcy złotych z 1% podatku. Co roku Aga organizuje i prowadzi koncert charytatywny na Zamku w Malborku, gdzie licytowane są rzeczy znanych osób, a dochód przekazywany na fundację. Zdobyła m.in. rakietę Agnieszki Radwańskiej, czy ostatni egzemplarz książki Kamila Durczoka. Wiem, że najbliżsi przyjaciele Agnieszki przez cały rok odkładają rzeczy, które później przekazują na licytację. Agnieszka po prostu zaraża pomaganiem…

Swoją pomoc niosła dotychczas po cichu, z potrzeby serca. Wspólnie z panią Dorotą z fundacji postanowiłyśmy zgłosić ją do plebiscytu, by nagłośnić jej działania. Ten konkurs to okazja, aby podziękować osobom publicznym za piękny gest, jakim jest działanie dla innych, ale też szansa dla wspieranych przez nie organizacji. Laureaci otrzymają czek o wartości 10 tysięcy złotych, który będą mogli przeznaczyć na wybraną przez siebie organizację społeczną. Jest o co walczyć.

Bardzo gorąco zachęcam do oddania głosu na Agnieszkę. Głosowanie rozpoczęło się wczoraj i potrwa do 6 stycznia. Codziennie można oddać 1 głos w danej kategorii. Wystarczy zarejestrować się na stronie konkursu i codziennie “kliknąć” w zdjęcie wybranej osoby. Można też głosować przez facebook. Ja od wczoraj klikam w Agnieszkę:)

FacebookTwitterPinteresttumblr

Skinny yet beautiful: The Keret House

I came across Keret House via a link posted by a friend on facebook (thank you, Ela). An article in The New York Times reported on possibly the thinnest house in the world, only a stone’s throw from my office. I couldn’t wait to get down there to have a look and take some pictures.

Today was a very cold day in Warsaw. Yet, despite the cold, it was sunny, which meant crispy air and perfect light for taking pictures. My fingers were freezing, my eyes welled up with tears from the cold, but I didn’t care, being totally caught in the moment.

It is indeed a slice of a house (says The New York Times), measuring just 92 centimeters in its narrowest point. Standing in front of the entrance door, I tried to stretch my arms, to see if I could spread them like wings. I hope no one was watching, as I only did some kind of an awkward half-stretch.

Keret House provides a bridge between the past and the present

Keret House as seen from Żelazna Street

Even though it is ‘inserted’ in between two buildings, 
there is still a teeny tiny space left on both sides

The roof of Keret House, view from the entrance

Jakub Szczęsny, the architect of the house, fell in love in the space between two buildings from two different periods – a pre-war residential building and an 11-story post-war apartment block. Being a representative of a collective dedicated to experimental architecture, he decided to fill the gap. Not only did he fill the gap by squeezing in an impossibly narrow house, he also built a bridge between the past and the present. Israeli writer Etgar Keret was chosen by the architect to be the project’s ambassador and honorary resident, due to his Jewish heritage, Polish roots and his reputation for short stories.

Keret House is located in the area of the former Jewish ghetto

I have a fear of enclosed spaces, so this is probably not a place for me. Though the house is in fact too small to be classified as residential by Polish law, it has been registered as an art installation, allowing artists from all over the world to visit for short stays. The international residency project is scheduled to run for four years, until 2016.

While taking pictures, I couldn’t help but notice there was light in the house. Maybe Etgar Keret was inside? After all, it’s his house. I was tempted to press the buzzer… Instead, I walked away, contemplating the incredible energy of this city, constantly changing and redefining itself. I love being part of it…

There was light in the Keret House…

FacebookTwitterPinteresttumblr